|
| błyski | |
Wszystko topnieje. Świetliste nicienie kłębią się w soplach. Takie pasożyty można uwielbiać, otwierać im okna, rozpinać kurtki i zapraszać do wnętrz.
Ziemia połyka to co do niej spływa - mroźne syropy, mgielne inhalacje. Drzewa - zwierzęta, które wyszły z wody, otrzepują się, pryskają nam w twarze.
Już w krążku lodu, co był wiekiem beczki, nie chce się zmieścić jego własne wnętrze - listek czereśni i kawałek sznurka; chudnie nam w oczach - oczy na to błyszczą.
Rtęć w termometrze, poziom wody w rzekach i endorfiny - wszystko podwyższone. Trzeba uważać. Ciepło świat rozbiera, rozluźnia oddech, wkrada się do zmysłów. |
|
|
| Ophelia Queiroz nie chce już kochać poety | |
"Wszystko co czuję, jest (wbrew mojej woli) odczuwane tak, by można było napisać, że się to czuło." Fernando Pessoa
Przerażasz mnie Fernando, Alvaro, Ricardo albo może Alberto - pasterzu za biurkiem, który swoje pastwiska obserwujesz z okna, który z dachów Lizbony spędzasz stada myśli.
Pociągają cię obce; o jakiejś dziewczynie z papierowej ulicy, o jakiejś blondynie piszesz, że na nią patrzysz; czy na nią patrzyłeś?!
Chcesz mnie utopić w wersach, wiesz, że ja, Ofelia, nie poczuję tam gruntu, że wplecioną w imię mam rzekę, która wzbiera, moje ciało szumi - gdy ten szum wydrukujesz, będę tonąć wiecznie.
Zabraniam ci Fernando pisać o mnie wiersze, nie chcę bukietu listów tak bardzo miłosnych, że wydadzą je pewnie tuż po naszej śmierci. |
|
|
| pustostany | |
Przyjacielowi
Nie wiemy gdzie jesteśmy. Nie ma tutaj ulic. Nagle staje się ważne, że twoje podeszwy zostawiają ślad z gwiazdką, moje z kółeczkami. Odciski naszych butów obok sarnich tropów, dwa odmienne gatunki - adidas i kozak.
Te domy powinno się dobić i pogrzebać - zdychają tu bezpańsko, jak dzikie zwierzęta, rozszarpywane przez wiatr, szturchane przez wilgoć. Wchodzimy delikatnie, niczym igła w mięśnie, w rozstrzelane przez światło ciało czyjejś duszy.
Widok zagarnia okno. Krzesło, jak martwy żuk, leży na korytarzu nogami do góry, a gwoździe wbite w ściany, jak dłonie żebraków, błagają o zwrot ramek i świętych obrazków.
Trzy skórzane buciki powiązane drutem, zapach bzu w pudełeczku po tanich perfumach i butelki po wódce, tak starannie puste - niczego nie bierzemy, wszystko jest niczyje. Wychodzimy stąd po drzwiach. Prowadzą donikąd. |
|
|
| posłuchaj | |
Blaszane dzwonki owinięte płótnem to moje gardło, gdy próbuję wydać dźwięk twojej twarzy odchodzącej w sepię, echo twych pleców (odwrócone zdjęcie w nieszczelnej ramce kuchennego okna).
Niczym dziurawa harmoszka oddycham, powietrze wchodzi i wychodzi milcząc, a moje płuca stają się domostwem na gości swoich całkiem obojętnym.
Odejdź już, odejdź. Nie mość legowiska na progu skroni; wynoś się z przedsionków, z bałkańskich pieśni o diabelskim prochu, (który w klepsydrach ludzkich ciał wybucha) i przestań trząść mną niczym tamburynem, bo serce moje to nie brzękadełko. |
|
|
| epikryzy | |
I.
Wybaczam sobie wszystko, czego nie pamiętam - "spierdalać" powtarzane w myślach do najbliższych, "o boże" i "o matko", które mamrotane podczas ekstazy ani z matką ani z bogiem nie miały nic wspólnego; wybaczam swój język, wypowiedziane błędy - popełnione słowa, i ciało, które nosi mnie jak płaszcz; rozgrzeszam siebie z rozmiaru buta, dreszczy dostawanych na dźwięk akordeonu i braku zegarka.
Budząc się dzisiaj rano, być może zasypiam, być może podobieństwo piątku do niedzieli jest podobieństwem osób, które mijam w te dni; i nie ma już rutyny tylko nawyk życia, jest lek na przemijanie - dar zapominania. |
|
|
| apologia jawy | |
Do snu się przebieramy, sen to pantomima; już krzesła kawiarniane siedzą na stolikach, parzą się w rym pokoju sufit i podłoga, nieprzeczytane strony wciąż mogą poczekać.
Zapomnieliśmy życia. Na suflerce mucha podpowiada oddechom jak mają oddychać; można przestać brzuch wciągać, włosy w nieład upleść, koszuli aż do piersi pozwolić się zwinąć.
Gdy łóżko jest zajęte naszym zasypianiem, myśli płyną pod górę, ciągnąc nas za sobą przez kręgi wszystkich książek, przez Dantego głowę, pustą czaszkę Yoricka, ślepców Breughla skronie.
We śnie nas rozbierają tak jak w harlequinach, gonią jak w kryminałach, mordują rodzinę, i ani Wergiluisza, ani Beatrycze, nie ma żadnej pewności, że do dnia dopłyniesz. |
|
|
|
|
|