|
| Niepamięć | |
Tak, znałam takie słowo, wysuszało wargi w tych nielicznych chwilach, kiedy drżała ziemia. Ale teraz siedzę na skraju pustej plaży, raczę się baśniami o krokodylach i możnowładcach, i z bojaźnią wspominam gotyckie odległości, kiedy do Boga było bliżej niż do Indii.
Tak, znałam takie słowo. I prawda, że od ciebie. W cerkwi za wydmą Mikołaj, patron łowczyń posagów unosi teraz brew i szepce „dziecko, dziecko”. Popatrz, siedzę na piasku w kolorze jego brody, a nikt nie udowodnił, że drugi brzeg istnieje. |
|
|
| * * * | |
ruda się okociła jak tata był w delegacji lizała dropiate skórki w zdziwieniu ile słońc może wybuchnąć i wypłynąć z kotki zrobiło się późno z jej winy skórki otwierały oczy na świat język rudej opowiadał o nim mleczny tykający w rytm niespiesznych napięć i odprężeń wyczekany z zachwytu życiem uschły a potem odpadły skórkom powieki tata wrócił ciężko było zamknąć raz otwarte niefrasobliwie zmierzam do tego że wylizujesz ze mnie resztki ciemności jak tata wyszedł z workiem mama zagłaskała we mnie pamięć jak się zabija ale pamiętam jak się ginie przecież |
|
|
| na ten panieński wieczór | |
na ten panieński wieczór wybiorę najostrzej stojącego nad grobem zaproszę go siąść wspomnieć moją pierwszą barbie jej tren z tamaryszku najszczerszą jej z adamaszku z angielskiego słowa ivory naj gorętszą tren i pod spódniczką lepiej mocniej dalej niż u innych tego typu lalek i dotknę go berek go popchnę |
|
|
| depresyjnie, prawie prozą | |
sezamki po ciastku karmelowym rano miałam brzuch pełen ciebie ale w południe byłam ciebie pusta czas staje w takich nieoczekiwanych miejscach
jak pociąg widmo z książki z obrazkami (śmiałeś się i oglądałeś autora jakbyś mówił nigdy o nim nie słyszałem a nie wymyśliłaś go sobie kocie aby)
stanął w łazience. dwie szczoteczki. dzisiaj rano. myślałam i dotykałam brzucha
zmarzłam na dworcu od patrzenia nie miałeś w przedziale zakonnic a przecież jak ci kupowałam gazetę i chusteczki przyszedł bury pan i wziął ode mnie złotówkę
myślałam, że załatwione
nie idzie się wykupić wszystkie miejsca na tobie które rano polizałam na szczęście pewnie już dawno wyschły
natomiast na zewnątrz padało jak chodzę z tobą to na mnie nie pada zmokłam za dwoje |
|
|
| czas | |
Spadanie ptaków – jak garść maku na sen czy piąstka ziemi na dłuższy – zdrożonych ze śmietnisk, żerowisk; gąsienice po miejskich przeprawach wożące usta do ust; tych się łączenie.
W dzień weselny dar boski – zastępy nieprzeliczone par oczu, co dzień inne patrzenie. Póki ciała, rozbieranie się w akt nadziei.
Pochód lat; jak drgnięcie mięśnia, grymas ust lub szarpnięcie dźwigni – zmiana przedmiotów i ludzi; powroty pożegnanych – znak meduzy w dłoni wypalony drobną rączką opłakanego. Gładzenie poręczy, sypanie okruszków. Znów spadanie ptaków |
|
|
| Ofelia | |
Ruda O. śpiewa też inne piosenki. Chodzę za nią trop w trop z mikrofonem po lesie, a jej stopy budzą suchość do szelestów, a szelesty do pożaru.
To się tak mówi: chodzę za nią, tak naprawdę O. ciągle zostaje w tyle, marudzi przy każdym patyczku, nie do końca spalonym.
Ruda o. jest dokładna, rzec by można – precyzyjna, używa przymiotników i nici dentystycznej.
Ruda O. jest nieznośna – zapala mi piekło tak, jak zapala zapałkę. |
|
|
| pasma | |
spóźniliśmy się z latem. w domu już były pająki. śpijmy na dworze powiedziała ania i z piosenką senną i dziką zaczęli wychodzić z piwnicy pozszywani kuzyni migdałowe prababcie. układali się pachnąc gorzko gorzko! krzyczałam i całowałam się.
gdybyś tam był ze mną i płakał krzyczał ale ty wolisz spiskować w starym forcie grać z borsukami o tę resztkę o tron gdy tu otwiera się morze. |
|
|
| Kamienica | |
Złoszczą mnie okna w domu na drugim brzegu ulicy, która pieniąc się płynie dołem. Godzinami zaglądam sąsiadom w garnki, w których wrą serduszka wróbelków – tak tata nazywał cynaderki w dzieciństwie, czyli wtedy, gdy koty znikały i wracały po zmianie kwadry, z oberwanym uchem. Teraz już nie do mnie – okna na parterze to lupanar, w skrzynce są ulotki z kobietami tak dorosłymi jak ja nigdy nie będę, choćbym przeszła na kolanach z kuchni do pokoju po potłuczonym szkle. Na piętrze człowiek z psią mordą, czy może pies z ludzką twarzą, nigdy nie wiem, na wędce spuszcza szklane oko i podgląda te z dołu. Złoszczą mnie ich okna. Przesadzają z tym życiem, tak jakby nie wiedzieli, że wcale nie trzeba. |
|
|
|
|
|