|
| bile | |
obok turniej snooker hall, a tu piwo - on przystojny, pewny siebie szorstki język, czeka ona wie za czym tęskni i głupio, że tak |
|
|
| kolej rzeczy | |
wtedy nie było wycieczek do Disnaylandu, poradników jak się ustrzec, toksycznej matki i ciąży |
|
|
| na piasku | |
może grzeszyłam, ale nie maltretowałam zwierząt została czkawka po zupie w proszku |
|
|
| wychodziliśmy z muzeum | |
przyzwyczajajmy się do nowych zapachów, do ostatniego wyschniętego estrogenu - napisali: balsamowanie trwało siedemdziesiąt dni a tu trzy. zwariowany amsterdam, kilka kruchych szmatek-mumii |
|
|
| pamiętaj co się śni albo | |
zajmij się hodowlą rzeżuchy - czekaj na zielone
dość tłumaczenia fly me to the moon może się coś przyśni muzyka płynie sama, wkłada język do ucha - tabletki niby zapis nutowy wwiercją się - w plecy ktoś wklepuje resztki nocy, zagłusza strach |
|
|
| aaa , każda lalka ranę ma | |
kiedy gasili światło budziły się w nim ropne paciorkowce i nie wolno mu było, ale drapał punkciki po szkarlatynie tak naprawdę nikt nie wie co zobaczył mały John przez okno |
|
|
| zanim wyśle tę cholerną pocztówkę | |
od kilku miesięcy dzwoni alan - przyjaciel ze szwecji i ciepłym głosem czyta przygody kubusia puchatka ale ten rok nie będzie dla niej szczęśliwy |
|
|
| a kiedy przestanę mówić przez sen | |
zniosę wszystko, nawet się uśmiechnę - ile można udawać namiętną kochankę i wspaniałą żonę
|
|
|
| istnieją takie miejsca | |
| ściana - opiera głowę, chłód miesza się z oddechem |
|
|
| zmiany | |
w poplątanych gałęziach nie jest tak gęsto wiewiórki chwytają resztki deszczu węszą ślady po znakach spadających z nieba piąstkami żołędzi - it's time to make a decision
potoczyła się kartka zwinięta w kulkę słowa cienie w drzwiach - zamilkły nagle to nie pora na wyprowadzania psów
to co mam mogę owinąć w spadające
wyspiarzom wystarczy łyk czarnej kawy i prosta miłość - znajome ścieżki między drzewami |
|
|
| dom | |
okno z widokiem prawie na morze ładny język trudny kraj do przeżycia korony nie przeszkadzam bo nie mam komu
cisną plastikowe doniczki kwiaty pachną powoli liście usychają zapowiadały się tak kolorowo a milczą
- w danii bez zmian niewielu zna Cohena coś mówi widzi czuje nie wie co to znaczy obok
za szybą meble dotykają ścian własne kąty w cudzym domu |
|
|
| strony świata | |
(wiersz dla marianny)
nie jesteś mała i nie powinnaś już mylić butów - czas pozwoli ci dojść do tego że to twoje stopy powiesz im dokąd mają pójść dorośniesz i przestaną się plątać
sznurówki bez różnicy czy znad wisły piach czy kamienista plaża tutaj |
|
|
| przed nami długie wieczory | |
koniec lata zapowiada się nieciekawie gałęzie rdzewieją jak gwoździe w pustych ławkach wiatr przegania nikomu niepotrzebne śmieci
nie mam planów w gazetach farba drukarska zaznacza świeże tropy facet z drugiego piętra godzinami puszcza uśmiechy jak latawce plaga dziewczyny cierpią na rzeżączkę a księżniczka rodzi
budzę się później cały tydzień w deszczu przeglądam pocztę wylewam przeterminowane mleko powracają obrazy - ściany mają intensywy kolor jakby to co się nie stało mogło być wytłumaczalnym snem |
|
|
| unosi lekko stopy | |
czekała tam gdzie rozrósł się kasztan ze sznurem szklanych paciorków omotana strachem rzeką spiekotą i ziemią chcą jednego nikt nie zostanie
- tylko we śnie nie traci go z oczu dotyka ustami wolno pod korą drzewa goi się prawie martwa przestrzeń przedziera się drogą pełną zbutwiałych liści biegnie nie zostawiając śladów choroby |
|
|
| jak dachowiec | |
przeżyłem dzień - było nawet miło spadały liście ktoś grał na pianinie oni mają tyle spraw choć nie wiedzą co czynią
łatwo zaglądać w każde okno tylko nie można się rozgościć na parapecie wylizać blizny przegonić pchły - taki los przed śniadaniem dziękuję za śmietnik
- w nocy wściekle bije serce czuję że jestem DiCaprio siedzę na dachu i łapię księżyc za mordę - bez złudzeń żadne z nas nie pokaże drugiej twarzy |
|
|
| tu tylko trochę dalej | |
jeszcze chcesz się zmieścić a coraz mniej miejsca dla bocianów - za szybkie odloty tylko mewy skrzeczą można ogłuchnąć więc odlatuję na trochę nie jestem łatwa w pożyciu zdradza mnie język koślawy zbiór cudzych metafor kilka znaków szczególnych zapominam na czym wtedy zależało - na emigracji też się głupieje a potem zagląda do pustych pokoi wyrywa kartki z kalendarzy - na północy zima bez śniegu a boże narodzenie już od października mam czas każdego roku i nie muszę się śpieszyć by przyzwyczaić oczy do tych samych krajobrazów |
|
|
| zmoknięte ofelie | |
deszcz wciska szkiełka w pępki strugi wygładzają dżinsy z grubych łydek ściągają skarpety szprychy rozcinają duńskie kałuże w plecakach puchną jogurty serki paczki princów i kondomów
do końca tygodnia pedałują w ciemno - randka kawa pokój gdzie na raty przesypiają do rana w zapachu wilgoci między bosymi kropla po kropli zaplątany hamlet w to samo pytanie |
|
|
| lęki z wysokości | |
drzewa coraz niedbalej wtykają w gałęzie resztki kolorów - na trawnikach zgarbione psy liście lepią się do butów
- balkon to nie takie straszne miejsce pnie się samotnie leżakują doniczki na szybach odciski zarastają szronem milczą ciężkie zasłony
- w dzieciństwie wierzyła że Bóg musiał tu być ściskała palce drwił za plecami lęk wysokości cienie zmieniały kształty - nie można było uciec od tego co nieodwracalne |
|
|
|
|
|