|
| zniknięcie | |
zaczyna się od wyjścia na balkon. mówię sobie: na końcu tego pokoju jest balkon. można spróbować wyjść, przewietrzyć się. może coś więcej. pooddychać, chociaż nie, zaziębić się jak te chude barierki, które mnie trzymają. nie uwierzysz, ale słupek w gdańsku wskazuje minus trzydzieści. zima dopadła nawet najlepiej ubranych, nawet najlepiej ubranych, co jakby nas zbliża
tutaj, w gdańsku, sprawy mają się tak: nic nie jest na swoim miejscu, wszystko jest gdzie indziej. nie ma cię kolejny miesiąc, kolejny miesiąc przewala się po mnie jak czołg. podobno była wojna, podobno rozstrzelano wszystkie ucieczki. chciałem ci napisać, że już w porządku. dużo wychodzę, powoli wracam do siebie. próbuję spać, ale ten wiecznie cieknący kran jest za głośno
zaczyna się zniknięciem. nie panikuję, mówię sobie: rzeczy dzieją się nadal. śniadanie, studia, przyszłość. że mogę zaczekać, bo nic nie jest na pewno. że zaczekam, a gdy znów nie przyjdziesz, wyjdę na balkon znaleźć cię gdzieś między dworcem a napisami końcowymi. upewnić się, że to czym bolisz, ten mały kamień między palcami w bucie, to wciąż nagroda |
|
|
| tyber | |
sobie, tobie i komu tam
proponują porządek: pozbierać latawce, postery dawnych bohaterów zwinąć w rolkę. do piwnicy znieść: rowerek, apteczkę z lego. kolorowe puszki z biblijnego rfn wyrzucić. cały drobny majdan, co zagraca przejście, przesunąć pod ścianę. z piwnicy przynieść: kilka słoików na zimę, polowe łóżko, koc. systematycznie wchodzić w przyszłość. opowiedzieć się wreszcie za szczęściem jakie jest, a nie jakiego się szuka. między piwnicą a schodami przeżyć tragedię. jedną z tych niewielkich, choć doszczętną. |
|
|
| postaci biblijne | |
ten przypadek ma swoją nazwę: popełniacz niebawem odmieni ciebie i mnie i wtedy spadną kałuże przez które będziemy udawać carla lewisa jak wygrywał swój czwarty medal na olimpiadzie wyobrażasz sobie? tak tęsknić że umrzeć pomyślimy wówczas: będą z tego dzieci zawsze są jakieś dzieci nie zawsze są rodzice jeszcze przez moment będziemy się kołysać pełni jak bóg opustoszali jak katedra |
|
|
| kapsle | |
w kwadracie gospody i szyprów zbiera się w kapsle stroszy piaskownicę bo w piaskownicy czuć piwem i przedmuchane wrzuca do torebek po czereśniach później się drałuje jak nożyczkami przez kartkę gromadzi punkty karne i drobinki ziemi w oczach chudymi patyczkami usypuje lepsze miejsce na końcu tunelu odbezpiecza się schłodzony "skwar" wyciera buzię w koszulkę i rozgląda za czymś nowym po lewej domy ulepione z gliny po prawej też coś |
|
|
| papierowe lalki | |
dziadkowi
na zgięciach gałęzi dokwita wiosna i ścięgna pęcznieją jak mokre drewno pod cienką powłoczką stężałe chrząstki papierowe lalki papierowe bęc nadgarstki filtrują wahnięcia ciepła od szpiku do szpiku - wodą i solą cherlawe owady w skrytkach na skórze papierowe lalki papierowe bęc korzenie kruszeją jak świeże wafle jak włosy na słońcu stawiane pod wiatr w cedrowym temblaku zmięty latawiec papierowe lalki papierowe bęc |
|
|
| kolorowe szkiełka | |
na butelkach uczyliśmy się arytmetyki dziesięć to była łajba na resztę popołudnia i nocne rozpięcie gardła na skrzydłach mieliśmy siniaki od biedy i wodne kalkomanie na wypadek gdyby któryś postanowił się zmyć kodeks bushido zakładał że każdemu wolno jak świat długi i szeroki należało tylko przegryźć korzeń pomiędzy odlotami w przyszłość szukaliśmy przyczyn dla których warto choć generalnie wszystko mieliśmy w zanadrzu |
|
|
| gospody 14 | |
na dachu mojego dawnego pokoju mieszkają teraz gołębie: niby nic się nie zmieniło końca świata nie było a z okien wystają te same pretensje. klatka schodowa śmierdzi kotami a winda i czas przynajmniej raz w tygodniu zatrzymują się gdzie chcą cisza nocna jak życie od 22 do 6 na ścianach oszczaj tło albo lepiej świat z dopiskiem "bo na więcej cię nie stać" dziesiąte piętro i pierwszy przystanek na pogiętym parapecie z którego mój przyjaciel wyskoczył na główkę leżą resztki pamiątek wydrapane imię nad pożegnalnym "tu był" za oknem tyle samo twardy chleb na kolację i brak widoków. nie wieje można zapalić |
|
|
|
|
|