|
| Zima w M. | |
Jedliśmy smażone sole, sandacze, karmazyny, z ich ości układaliśmy wróżby - kochać się/ nie kochać, i zawsze, zawsze wróżby były przeciwko naszym ciałom, które musieliśmy rozbierać, wystawiać na jod, na dotykanie, na zaledwie pięć stopni Celsjusza
Pięć stopni Celsjusza, a my oparci o ścianę nadmorskiej latarni szarpaliśmy guziki, suwaki, rajstopy aż w końcu pękała gumka w pasie, aż w końcu pękały cumy, maszty, wanty i baksztagi w porcie obok, który na chwilę tylko - zastygał z zimna, bieli, z bezruchu.
A w morzu, w ruchu: karmazyny, sole. I pierwsza ikra we mnie.
|
|
|
| Opowieść | |
Kilka gołębi z Placu Świętego Marka zorientowało się. Ledwie parę białych gołębi nie zbliżyło się do mnie, nie usiadło na dłoni, która zanim zdecydowała się dokarmiać ptaki była pięścią gotową uderzyć - bo nie przyjechałeś tutaj ze mną. Te gołębie przesiadujące na gzymsie Bazyliki wybrały śmierć - pikując w rozległość trotuarów, kanałów, do licha.
Niewielu przechodniów, naprawdę niewielu przechodniów dojrzało w mojej twarzy twoją twarz, jakbym przyjechała tutaj podwójna, jakbym mijając kościoły, w których święci grali na klawikordach, starała się ukryć, że oboje podsłuchujemy ich muzykę. Kilku przechodniów wiedziało: jesteśmy ułamaną gałązką, tracimy ciężar, gdy wiatr znad zatoki porusza nami - w górę, w dół, w górę, do licha.
--- Wenecja maj 2005
|
|
|
| St. Michaelis Kirche | |
Michael mówił: w tym domu nie mieszka nikt, tylko bóg w niedzielę drzemie między ławkami. Jego aryjskość jest niepodważalna, dodawał.
Modliłam się, chociaż trudno było znaleźć wspólny język, germański bóg seplenił 'wybacam ci dzecko' i serdecznym palcem stukał w przewodnik Pascala - wskazując miejsca ważne dla katolików. Katolików rasy nordyckiej, dodawał.
Uśmiechał się znajdując w moich oczach - trzy pokolenia niebieskookich przodków. I udawał, że nie widzi ukrytych na dnie źrenic - pradziadków powtarzających "nakaz obrzezania pochodzi z Tory, z Tory nakaz obrzezania".
Niemiecki bóg znal się na śmierci, opowiadał o niej we wszystkich językach.
-- Hamburg, lipiec 2005
|
|
|
| Ruchome święto | |
Najpiękniejsze jest oczekiwanie, kiedy wśród kilometrów słonecznych kalendarzy zakreślamy czas;
rozjaśniam się wtedy.
Biegnę do ciebie w ekspresowych przedziałach, (a na mijanych stacjach zawsze tyle słońca i kwiaty w oczach, i na zegarach)
aż w końcu, w Krakowie skóra się napina jak na brzoskwiniach albo winogronach - do rozgryzienia, do powąchania;
jaśnieję wtedy, jakbym wyrosła z lipcowych sadów, spod palców semaforów, a perony znaczyły początek światłobrania.
|
|
|
| List do Czytającego | |
Jeśli masz ochotę możemy spotkać się którejś niedzieli, zaraz po różańcu. Proszę, nie odrzucaj mojej prośby tylko dlatego, że miejsce przykościelne. Pojawię się w welonie z tiulu, z czarną torebką, na tle wietrznego, marcowego wieczoru moje grafitowe włosy, niczym wronie skrzydła cicho, cichutko szeleścić będą. Nie wierz tym, którzy szepcząc zapewniają, że mam w sobie wiele tajemnic ciepło-studziennych, bagiennych, wciągających, znamiennych. Jeśli chcesz wplotę jasną wstążkę we włosy i ukradkiem rozglądać się będę w poszukiwaniu Ciebie. Nie jestem nieśmiała, ale nowe ścieżki zawsze przez chwilę zawstydzają mnie, dlatego przyjmuję komunię w każdą niedzielę, maleńki śnieżnobiały płatek zatrzymujący w objęciach nie z tej ziemi ramion. Wiesz, chciałabym zostać aniołem. Podglądałabym mężczyzn przez mosiężne lornetki, podsłuchiwałabym opowieści o Spinozie i ruchu ciał niebieskich, i uśmiechała się z wyrozumiałością, kiedy wąsy ich lśniłyby wilgocią od pocałunków wykradanych maleńkim pachnących mlekiem dziewicom. Tak, lubię pulsować, jeśli zechcesz możesz mi w tym towarzyszyć, wspólnie złamiemy ciągłość.
|
|
|
|
|
|