Index Autor    Wiersze Magda Buraczewska

Zamiejscowi
tu jest inaczej. strącam owada w żółte kropki
a potem mam wyrzuty. w końcu to mogła być
biedronka albo każdy inny członek natury
ożywionej. wtedy przypominam sobie
jak wyglądasz siedząc przy biurku
w landrynkowych pasach na twarzy.

przez żaluzje słońce nie ma mocy a rzęsy
podwijają się coraz częściej w przeciwnym
kierunku i tylko dym z paleniska nie
zostawia na tobie śladu. piszesz albo czytasz
jak było kiedyś. pelargonie na parapetach
upstrzone okna. plastikowy murzynek
na sześciu poduszkach i zapach pastowanej
podłogi. wiosna schowana gdzieś w trawie
widziana oczami zachwianego rowerzysty. dalej
ślady podków na drodze. rąbane drzewo. kominy
i sąsiadka wiecznie siedząca w oknie. społeczność

wszystko inne nie robi na tobie wrażenia.
ani odrapane tynki z kolorowym kocham cię
ani figurka Maryi. ta sama na każdym podwórku
żar z asfaltowych ulic. krakowskich przedmieść.
kroków stawianych przypadkowo bo ty byś chciał inaczej

musi być gdzieś jeszcze dla nas miejsce
skoro nie tu. skoro znowu nie tu
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
Rozproszona
piszę ale tak naprawdę nie mogę się skupić.
odrywana kolorem napojów musujących i bąbelków
zawsze wybieram sobie jeden i śledzę dokąd
dotrze i czy wygra. albo krzykami z podwórka.
ustalam czyj głos brzmi najbardziej dojrzale.
potem naśladuję i robię wszystko żeby tylko
nie dorosnąć. nie przypominać. piję kakao
w kolorowej pościeli i zaczynam bać się

ciemności tak jak tego że nie zawsze trzeba
być z kimś. nieraz samemu albo zupełnie
bez nikogo. zawieszać się w czasie i być
ponad. poza. dziwiąc się że sklepy już otwarte.
kierowcy przepuszczają na przejściach dla pieszych.
że ktoś wymyślił to słowo i że właśnie takie.
pieszy. wyjść z kina a wciąż żyć scenariuszem
i czuć że ma się tyle wspólnego z rolą na
oscara co statysta ze scenami łóżkowymi.
przechodzić na pasach i wmawiać innym że

nie znoszę ludzi którzy kradną. rozkradają
moją tożsamość. jakbym ją jeszcze miała.
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
W porywach pisania
                             specjalnie nie zmierzam w dobrym kierunku.
                       wszystko po to by pisać specyficznie. by myśleć
                               sobie że jest tu niżej coś specyficznego



dziwię się że cholera nie ma u mnie takiego wyrazu
jak trzeba. wydźwięku. nawet gdy piszę jasno
że nie znoszę analitycznego spojrzenia na oczy.
przestrzenne niebo. rysowane odręcznie serce
i gdzieś tam tego kiczu. cholera. zawsze umyka.

wmawiam innym że się tylko wydaję. najczęściej
sobie. że umiem pisać. że nieraz nawiedza mnie.
przyodziewa. poi siostra Kaliope. bo przecież nie
ona sama. wtedy podaję kawę i sześciany cukru
poukładane w piramidę na dowód że mi zależy.
nieraz. a w aktach prawnych jestem osobą fizyczną.

wolno mi chcieć. lubić. więc lubię. dostawać okazję
do kłamstwa. kłamania. bycia ponad tymi bez wrażliwości
wyższego rzędu. jakbym ją miała. zwłaszcza wtedy gdy

widuję cię często Melpomene z podbitymi oczami.
i tobie mówię już prawie wszystko. że nie
stwierdzam zależności. że tak naprawdę nie ma
we mnie nic. nic z poezji. prozy. już mi się
nawet nie chce udawać że umiem. lub że mogłabym

znosi mnie w złym kierunku
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
Miasteczko gejsz odbiega od prostytucji
mija się zamknięte jeszcze herbaciane pawilony
i słyszy się. wyobraź sobie że w tym ogrodzie
rosną wiśniowe drzewa. nie rodzą od czterech lat.
pachną a nimi zielona herbata. wszystko jak u nas
mimo zatkanego nosa. skośnie przygląda się zza parawanu

prawie chinka. nałożnica z rybackiej wioski. mówili
że jeśli błękit może być lepszy to ten jest najlepszy.
jak w jej oczach. zimny. zdławiony. na przelot.
czeka w drzwiach i przez bladość przepuszcza resztki
modlitw o niedoszłe dzieciństwo. pamięć upuszczonej
w biegu haftowanej serwetki. Chiyo. kwitnących sadów
i wierzeń że słońce może mocniej świecić i zachodzić

dziewięć razy. pierwszy raz dla kolejnej kobiety
przed zmrokiem co boi się budzić zupełnie sama.
nocny motyl powtarzający rytualnie trasy lotów.
ale bardziej przy kimś kto nie rozumie sztuki.
origami to tylko dodatek do nieskomplikowanych
potrzeb konsumpcji. tak jak piękno jest tylko wtedy
gdy nie przynosi zmęczenia. bo ani przez chwilę
nie chodziło przecież o smak sake. tradycję.
kształt stóp. przesadnie małych i wiecznie zimnych.

może. spragniona miłość na wyprostowanie palców
okaże się altruistyczna i zatrzyma dziewiąty zachód przed
małą japońską dziewczynką zanim dorośnie do niewolniczego
kimona. skarłowacieje do końca. bonsai. straci na wartości
niegodnie. w rytmie cymbałów. westchnień i iluzji
bo herbata to coś więcej niż tylko kolorowa ciecz
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
Ilustracje muzyczne
gwasz z drewnianym mostem i widokiem
na La Raya. oddychamy parnym powietrzem.
to z tych chmur na widok których szczeka
pies. mglisto. nadrannie. przy brakach
ziaren wypalanej na słońcu kawy. w ogóle
bez dopływu światła odbijamy się w wodzie
w szarościach domku gra niewyłączony odbiornik

krzywo. krzywiej. najkrzywiej. zgodnie z warunkami
chrypnie głos z krótkofalówki. lotnik Alf Razzel
wspomina kobiety. peruwianki o ziemistej skórze
i Billa Hubarda co poległ zostawiony na ziemi
niczyjej. jakby łka i cieszy się że już po.
zołnierzyki tracą na wartości a wojna trwała
za krótko żeby wynieść ich wszystkich. odważnie

byłam świadkiem. tworzyła sufit. podłogę ściany.
zamykała w jednym dźwięku. a na pomniku rył się
napis zaginiony w Aras - Bill Hubard. siedziałam
wtedy w pokoju. a muzyka była tą co przepada
w innych wymiarach. między dywanem a warstwą kurzu
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
Ogrody luizjańskie
ciotka luiza miała ogród. miewała go. zwłaszcza
wtedy kiedy udawało się odnaleźć miejsce zakopania
zdjęcia. jakby gołębica wstępowała w różane krzaki
i kazała iść aż do końca. zawsze był poetą
a kondolencje nie przychodziły. jakby nie był.
jakby nie umiał oddać całego ogrodu. piękno
bywało pojęciem względnym i czuło się względnie.

bo to był busz. płożące odcienie zgniłej zieleni.
krzewy. kiełkujące w przypadkowych odstępach
i nienazwane dotąd kwiaty. zarośla pomiędzy
ścieżkami i ciotka ochodząca od zmysłów. pamiętam.
rozedrgana. przytłumiona. do ut des. do ud też.

tłumaczyłam sobie że dawał żebyś dawała. parę
śmiesznych min. układów szyi przy włosach.
wypaczeń poetyki i uwielbienia dla sztuki.
przez sztukę. w sztuce. było sporo miejsca.

on tobie ozdobne papeterie z żywymi słowami. teraz
tylko śpią albo wstydzą się że były bez pokrycia.
potem mówiłaś do przekwitniętych astrów. to nie
tak
. nie tak że byłaś mitem. może tylko przepowiednią
bo i tak wszystko sprowadza się do tego
w jaki sposób. reszta dzieje się przy okazji
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
Chamonix Dreams
Chamonix. nie daję wiary że to nie gdzieś
w Chinach tylko że ze śniegiem. przykryty
cały mur i tak jak nie mówili nie widać
z księżyca. zatem kłamali bo ani mur ani
Chiny. jedynie skośne oczy i pamięć po
Oszin co umiała marzyć jak w wierszach
sławnych chińczyków. na papierze do pakowania.

tak jakby można było razem żyć i nie dzielić
życia na pół. po jednym śnie moim i twoim.
stać i patrzeć jak żółkną ściany w trybie
przyspieszonym. nie widzieć że to już. teraz.
na słomianej macie zostają ślady rozmiarów
butów. nie wiedzieć i pytać który liść
opadnie pierwszy. stawiać na ostatni.

jeszcze nie pamiętać jak długie mogą być
noce a już wiedzieć że tylko te na osobności.
doświadczane po kawałku w barwach. zapachach.
kształtach. zamykać się w teraźniejszości
bo Chiny nie są tak daleko zwłaszcza że ja
jestem tu a całość lepiej wygląda w Mandarin Chinese
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
Kim jest Piotr
                        Wieś jednak mnie pociąga. Jak zło.
                               Jak ciebie kobiety a mnie on



nie wiedziałam o kogo chodzi a napis
na ścianie nie wyjaśniał niczego.

tu mamy wieś. szeregi łubinów. wydeptane
trawy sięgające pasa i niesiony na wietrze
odór zwierzyny. naprzeciwko mieszka Piotr.
nigdy nie pozwalał sobie tak leżeć. bo tak leży
tylko lakierowana klepka albo pierwszy śnieg.

on był inny. parzył kawę tylko dla zapachu
i nie mógł patrzeć jak wypełnia szklanki. podrobione
kubki z porcelany. obwiniał ludzi że ustatyczniają
nawet ją. w nich. i pisał

trochę nudzą mnie już przepoprawni mieszkańcy
odrestaurowane miasta i gzymsy. zapowiedziane
loty helikopterów. spotkania na czas
jakby bez tego nie dało się żyć


zgadzałam się bez reszty i ciągle patrzyłam
na zdjęcie w dowodzie. kartka w butelce po Napoleonie
wskazywała że Piotr był poetą ale to nie był jeszcze koniec
to nawet nie był początek
12-04-2006  ::    skomentuj (0)
^ do góry   
Strona istnieje od czerwca 2002 r. © Copyright Zespół 2002-2006.
Teksty są własnością autorów. Kopiowanie wyłącznie za zgodą autorów.
Nieruchomości Konstancin juliusz słowacki adam mickiewicz south beach Depresja Roll up Psycholog