|
| narodzenie | |
1.
tuż przed wigilią: strajki, protesty, manifestacje. wiatr wieje, od północy śnieżne pułki napadają na skrawek globu dostępny wzrokiem. odwołano loty, odwołano nawet alfabet.
jest dwudziesty drugi i nie nikt nie odśnieża moich dróg.
2.
podejdź
i strąć mnie w oblodzoną przepaść. chcę objąć jak najwięcej tlenu, z pełnymi płucami zasiąść przy białym stole, jakie zgodnie z tradycją funduje niż znad atlantyku.
3.
śpi siano. śpią jemioły. śpią telefony, wysokie napięcia śpią ukrzyżowane na słupach. inflacja drzemie, poziom bezrobocia chrapie w biurkach ministerstw. w szpitalach
śpią przeszczepy szpiku: strąć mnie w przepaść. spróbujmy od nowa, narodzić się pod inną gwiazdą. inne przyjąć dary od losu, kosmosu, logosu,
inne pieśni słyszeć w odmrożonych uszach. inne chrystusy spotykać. w innych ciałach przemieniać martwe zwierzęta i ścięte rośliny w taniec, w afirmację.
4.
strać mnie ostatecznie, do cna. niech nie odrastają paznokcie. słowa niech rozpadną się na sylaby, a te na litery, litery na abstrakcyjne obrazy kresek, kropek i plam. nieprzytomnie
mnie utrać. zjedźmy z autostrady, zatankujmy w betlejem, wybierzmy cichy motel i niech popłynie z ciebie mleczna droga. zostaną zwierzęta. jutro nieludzkim głosem
wzdłuż kocich traktów, wzdłuż szczurzych ścieżek, niech zabrzmią kolędy: był ciepły. z tych samych tkanek, utkany z DNA w osnowie porowatych kości. miał imię i nazwisko,
a teraz jest jednym z nas. anonimową możliwością. skorzystał z niej, umarł jak my umieramy -- chyłkiem, po omacku próbując chwycić się powietrza. niech mu ziemia będzie lekką kolędą.
5.
nigdy nie pytałaś, czy nie boję się swoich wierszy. robiłaś mi herbatę, gdy trzęsac się jak karp w galarecie, szykowałem puste nakrycie, dla gości, którzy nigdy
nie przyszli. przełamywały się w nas opłatki świtów, spadały galaktyki komet, rósł w nas czas i gęstniało milczenie. szukając słów nieraz moje dłonie dotykały
ciebie, nie wiedząc o tym. grzeszyłem z tęsknoty, i nie było na mnie kary. zasłużyłem najwyżej na tyle, ile dałem. na siano słów pod zmiętym obrusem bełkotu.
powstrzymaj mnie teraz przed każdym światem, w którym ciebie nie ma. |
|
|
| arktyka | |
taktyka mimikry jest taka: pokryć się lodem. powtarzać, powtarzać, aż krew się zestali. zdać się łaskę prądów. odpłynąć jak iceberg poza krawędź ekranu, ukrywając w słonej wodzie, to co nadaje się tylko do pomyślenia. otwierać jeszcze raz wszystkie pożółkłe koperty. sprawdzać, czy w załamaniach folii nie ma okruchów czekolady. dojść do miejsca, gdzie równoleżnik jest punktem, po drodze zwracając ziemi przedmioty. pomyśleć, że wszyscy kręcą się wokół mojej osi. policzyć mnie i ciebie do trzech. po raz kolejny zdać sobie sprawę, że liczą się tylko spacje i interlinie, a cała reszta waży zbyt wiele. dać się przysypać, usnąć, śnić, że arktyka urodzi się rano na szybach twojego okna, i spłynie zaprzęgami kropli w kierunku bieguna zimna. tam czekam. |
|
|
|
|
|