Index Autor    Wiersze Marcin Jagodziński

narodzenie
1.

tuż przed wigilią: strajki, protesty, manifestacje. wiatr
wieje, od północy śnieżne pułki napadają na skrawek globu
dostępny wzrokiem. odwołano loty, odwołano nawet alfabet.

jest dwudziesty drugi i nie nikt nie odśnieża moich dróg.

2.

podejdź

i strąć mnie w oblodzoną przepaść. chcę objąć jak najwięcej
tlenu, z pełnymi płucami zasiąść przy białym stole,
jakie zgodnie z tradycją funduje niż znad atlantyku.

3.

śpi siano. śpią jemioły. śpią telefony, wysokie napięcia
śpią ukrzyżowane na słupach. inflacja drzemie, poziom
bezrobocia chrapie w biurkach ministerstw. w szpitalach

śpią przeszczepy szpiku: strąć mnie w przepaść.
spróbujmy od nowa, narodzić się pod inną gwiazdą.
inne przyjąć dary od losu, kosmosu, logosu,

inne pieśni słyszeć w odmrożonych uszach.
inne chrystusy spotykać. w innych ciałach przemieniać
martwe zwierzęta i ścięte rośliny w taniec, w afirmację.

4.

strać mnie ostatecznie, do cna. niech nie odrastają paznokcie.
słowa niech rozpadną się na sylaby, a te na litery, litery
na abstrakcyjne obrazy kresek, kropek i plam. nieprzytomnie

mnie utrać. zjedźmy z autostrady, zatankujmy w betlejem,
wybierzmy cichy motel i niech popłynie z ciebie mleczna
droga. zostaną zwierzęta. jutro nieludzkim głosem

wzdłuż kocich traktów, wzdłuż szczurzych ścieżek, niech
zabrzmią kolędy: był ciepły. z tych samych tkanek, utkany
z DNA w osnowie porowatych kości. miał imię i nazwisko,

a teraz jest jednym z nas. anonimową możliwością. skorzystał
z niej, umarł jak my umieramy -- chyłkiem, po omacku próbując
chwycić się powietrza. niech mu ziemia będzie lekką kolędą.

5.

nigdy nie pytałaś, czy nie boję się swoich wierszy.
robiłaś mi herbatę, gdy trzęsac się jak karp w galarecie,
szykowałem puste nakrycie, dla gości, którzy nigdy

nie przyszli. przełamywały się w nas opłatki świtów,
spadały galaktyki komet, rósł w nas czas i gęstniało
milczenie. szukając słów nieraz moje dłonie dotykały

ciebie, nie wiedząc o tym. grzeszyłem z tęsknoty,
i nie było na mnie kary. zasłużyłem najwyżej na tyle,
ile dałem. na siano słów pod zmiętym obrusem bełkotu.

powstrzymaj mnie teraz przed każdym światem,
w którym ciebie nie ma.
21-08-2005  ::    skomentuj (0)
arktyka
taktyka mimikry jest taka: pokryć się lodem. powtarzać,
powtarzać, aż krew się zestali. zdać się łaskę prądów.
odpłynąć jak iceberg poza krawędź ekranu, ukrywając w słonej wodzie,
to co nadaje się tylko do pomyślenia. otwierać jeszcze raz wszystkie
pożółkłe koperty. sprawdzać, czy w załamaniach folii nie ma okruchów
czekolady. dojść do miejsca, gdzie równoleżnik jest punktem,
po drodze zwracając ziemi przedmioty. pomyśleć, że wszyscy
kręcą się wokół mojej osi. policzyć mnie i ciebie do trzech.
po raz kolejny zdać sobie sprawę, że liczą się tylko spacje
i interlinie, a cała reszta waży zbyt wiele. dać się przysypać,
usnąć, śnić, że arktyka urodzi się rano na szybach twojego okna,
i spłynie zaprzęgami kropli w kierunku bieguna zimna. tam czekam.
21-08-2005  ::    skomentuj (0)
^ do góry   
Strona istnieje od czerwca 2002 r. © Copyright Zespół 2002-2006.
Teksty są własnością autorów. Kopiowanie wyłącznie za zgodą autorów.
Nieruchomości Konstancin juliusz słowacki adam mickiewicz south beach Depresja Wypas Owiec w Bieszczadach Psycholog