|
| do wylizania | |
wszyscy co nie umarli tej zimy wylali się na ulice woskowe maski miękły na słońcu spieniony kożuch unosił włosy berety i parasole
głębiej teczki bzu torebki stokrotek kwiaty cięte rany szarpane płatki popiołu spłukiwane z butów rozkurczające się pięści ściśniętych zmysłów
wsiąkli zgubieni pomyleńcy wpatrzeni w półnuty jaskółek na pięciolinii nieba słony osad złych snów bieli się w schnących kałużach
w oknach łakome jęzory kołder |
|
|
| gangrena kopciuszka | |
wraca tam do dziś, choć wiemy obie, że nie ma po co.
ojciec (zanim przepił złotniczy warsztat) brał ją do gospody, stawiał wśród kufli jak pozytywkę i klaskał. w drodze powrotnej zgubił ją z sanek, a sam przepadł. bardzo chciała zostać w niebie (piętro wyżej, u ciotki Ju), ale kazano jej pożegnać brata i jechać.
drugi (kiedy już spłodził matce prawowitego dziedzica), ćwiczył przed lustrem w łazience mowy tronowe, a na niej pięści. za nic nie odezwałby się do niej wprost, bo mieszkała w kącie korytarza. sąsiadka - dobra wróżka ukradkiem karmiła ją ciastkami, w mroku gładziła po chudych łopatkach. państwo bawili w salonie.
brat zajeżdżał na strych księżycową karetą. co noc szła do niego z wyciągniętymi rękami. budził ją dwunasty krzyk z dołu. gnała z gardłem ściśniętym od złotego kurzu, gubiąc kapcie na schodach.
krzyczę nieraz: daj może mnie te cholerne nożyczki i spirytus, przecież i tak jej zostanie supełek na pamiątkę. babcia mruczy coś o urojeniach i odwraca wzrok. nie zawiesza nawet. |
|
|
| linea lateralis | |
masz śliską skórę i ciemnieją ci oczy gdy podpatrujesz przez dziurkę od guzika czy już osiągnęłam sargassowe morze
furkoczą sztaksle trzaskają ramiączka balkony zrywają się do lotu
studzienki wzbierają inkaustem nasze dziecko śpi w objęciach golfstromu jesteśmy nieśmiertelni |
|
|
| bibeloty | |
widziałam moją starą lalkę o skórze jak marcepan i liliowych paznokciach. leżała wystrojona w lśniącym pudełku i nie chciała otwierać oczu.
teraz często śnię, że wpadam do zimnej wody i nie pamiętam, jak się pływa. liżę lód od spodu,
zmieniona w rżnięty kryształ. od dotyku dźwięczę na alarm, boję się runąć w sen, rozprysnąć, rozpylić. i tak zniknę, ale inaczej. zapychaj mi dalej usta ziemią po brzegi, w końcu przestanę rozszczepiać światło.
podobno innych wcale nie trzeba nakręcać. same w kółko łączą i rozkładają smukłe nogi w czarnych pończochach i mruczą chrapliwie
tak tak, tak tak, tak tak. |
|
|
| bez ikry | |
woda znów mętna i martwa. stoi w miejscach, gdzie wczoraj były trawniki. na dnie kamienie w zielonych futrach. chlupoczą kamienne koryta ulic. cisza. groble chodników puste, strach wyjść.
no to jedziemy. trzyma się mocno, lecz kłącza mokrych traw wkręcają się w szprychy. pod wiaduktem bajoro zlizuje ją z bagażnika. wracam płacząc, z pustymi rękami, za to
w sukience opiętej na nowym dziecku, którego tak bardzo chcesz. wiem tylko tyle, że z drugiej strony miało być ciepło i sucho. za oknem dryfują powywracane czółna, skrywając stada wylękłych kijanek.
nie ma wyjaśnień w żadnym senniku. więc nie. |
|
|
| ballada o integracji | |
Udało się na moment zbiec, siąść obok siebie skronią w skroń; grzmiał w tylnych rzędach gromki śpiew, spiesznie pękało szkło za szkłem jak to "coś" w nich już dobry rok.
Udało się na moment zbiec i przyjść do kina, nie na film. Na zewnątrz sennie gęstniał mrok, po ciepłym karku piął się szept i tęskna, ukradkowa dłoń.
Autokar pierzchł, roztrącił noc. By brnąć przez ociemniały świt z "przepraszam" na krawędzi warg, wrócić donikąd, do swych spraw, udało się na moment zbiec. |
|
|
| kapsułka | |
słyszałam że tłuste cielsko rzeki po staremu się wije że rodząc w kącie brudnego podwórka znów popękała ziemia a pod kępami olch pieni się zwarzone osocze sinych bzów że jak co roku wykwitają czopy kasztanom podobno dzieciom kiełkują już piersi i nabrzmiewają żyły w zaułkach cuchnących psią sierścią i kocimi szczynami
przeciskamy się z trudem przetokami ulic przez zaparowane ścianki nie widać nie czuć nic bez różnicy ozon czy eter i tak ledwo gra |
|
|
|
|
|