|
| Wodny melon | |
Czyż zbierają z cierni winogrona albo z ostu figi? W dzień po komunii świętej Joanna wysłała teścia po zakupy, a sama zabrała dwie walizki, czwórkę dzieci i wyszła na spacer. Wieczorem, kiedy wrócił do domu jej mąż Tadeusz, była już u matki w Połańcu, dwieście pięćdziesiąt kilometrów od zdumionego męża, a Dusia, Bobik i Klara w tej samej odległości od zrozpaczonego dziadka. Bończyk niechętnie o tym dziś gada. Wergiliusz, który był mu dotąd zawsze podporą, również milczy w tej sprawie. A przecież nie zawiódł go w pierwszym małżeństwie, kiedy w przypływie furii jego eks wyrzucała z czwartego piętra księgozbiór: Georgiki, Eklogi, wrzeszcząc, żeby wypierdalał i swojego cienkiego jak dupa węża chuja wsadzał innej. Zawsze jest czas, żeby zaplanować uprawę i posadzić nowy szczep na dobrej glebie, z dostateczną ilością słońca.
Zadowolona była tylko Jolka. W ogóle uważała całe to małżeństwo matki za zawracanie dupy. Ona nigdy tak się nie wkopie. Miała dwa lata, kiedy jej matka zwiała od pierwszego męża. Historia lubi się powtarzać. Całe szczęście, że jeszcze tylko przeskoczy trzy lata średniej i będzie mogła wiuwać starych. Zresztą, Tadeusz to nie jest jej ojciec. Facet cichy i skąpy, kurdupel. Wiadomo, że takiemu w końcu odjebie. Na nic jej nie dawał pieniędzy, wszystko musiała wycyganić od dziadka albo od matki, nawet na lakier do paznokci. Wiocha. Ale żeby zaraz z Poznania na zadupie pod Połańcem? Pogięty pomysł.
Bończyk zmienia obrazek na wygaszaczu i siorbie herbatę. Wierci się i myśli co ja o tym myślę, co powiem. Mówię. Najważniejsze żebyś się przekonał - kocha, nie kocha. Jeśli nie kocha, rozstańcie się, na dzieci płać ile trzeba i więcej nawet, zostaw im wszystko, a sobie byle żyć. Świata już nie zwojujesz, sam wiesz, a im się przyda. No tak, wzdycha, do emy dycha. I patrzy co ja myślę. Myślę, że się dobierał do tej małej, podobna do matki. Ale nie powiem, nie, mam spotkanie, spieszę się, lecę.
Z pierwszym małżeństwem Aśki to było tak, że wyszła za wrażliwca. Strasznie ją kochał, pisał wiersze, i w ogóle inny był niż stado jego braci i sióstr. No, może poza Niną, ta też miała dryg do sztuki, mówią, że jakiś czas była kochanką Staszka Lema. Nawet coś tam na scenie jej wystawili. Ale ona każdego wieczoru miała innego faceta, była młoda, piękna i na wskroś nowoczesna, od Pawła dużo starsza. A Paweł skończył mechanizację rolnictwa w technikum, ale oceny miał przeciętne bo pisał wiersze i myślał o sensie życia, obserwował w marcu leszczynę, a w czerwcu odległe gwiazdozbiory. Kiedy pobierali się z Aśką oboje mieli po dwadzieścia lat, typowa szkolna miłość, od podstawówki, nawet w ławce razem siedzieli. Wiadomo, chłopaczyska rżały z uciechy, ale oni nie mogli bez siebie nawet minuty spędzić.
Jakoś wtedy ona zaszła w ciążę, a on zaangażował się w sprawy przeciw władzy. To nie był dobry moment na patriotyzm, ale on skoczył przez wysokie ogrodzenie prosto pod nogi ubeków, pałowali bez miłosierdzia. Przytomność odzyskał w szpitalu na Żeromskiego, z nosa i ust wylewała się różowa piana, a przed oczami miał różowy piasek, egzotyczne morze, a nad nim ogromny, czerwony księżyc. To od jego światła wszystko tonęło w różowościach, sepii i czerni. Czytał. Dużo czytał, ktoś przyniósł, już nie pamięta kto, wielki atlas nocnego nieba z rycinami domniemanych gwiazd podwójnych. Jedna z nich szczególnie mu się spodobała – to będzie moja powiedział, i zastąpił jej numer starannie wykaligrafowaną technicznym pismem nazwą, którą sam nadał: „Dwa lub Trzy”.
Dali jej na imię Jolka. Paweł dostał pracę w kolumnie sanitarnej, jako mechanik. Nadal pisał wiersze, same sonety. Któregoś dnia przeczytał Donne’a, Idź i złap spadającą gwiazdę. Nikomu o tym nie powiedział, nawet żonie, szczególnie o ostatniej strofce. Bóg daje mi znak, myślał pewnie, ale nigdy mi się do tego nie przyznał. Zresztą, miał inne zmartwienie, znów śnił mu się czerwony księżyc. Za nim pojawiały się jakieś ogromne cienie, ale on widział tylko czerwoną tarczę księżyca i bezkresny różowy ocean pod czarnym niebiem. Jego żona wychodziła na różowy piasek, naga, miała hebanowe ciało i z daleka dawała mu znak, żeby się nie zbliżał. Potem krzyczała, i było to około piątej rano, a on stał nad nią i nad córką z nożycami. Tapczan był podziurawiony, a one przerażone patrzyły jak dochodzi do siebie. W jakiś miesiąc później przyjechali jej rodzice. Okazało się, że Aśce zaszyli w czasie porodu szczypce, czy coś takiego. Aśka zwijała się z bólu, wzięli ją na oddział, a córka pojechała do dziadków. Pawłowi śnił się już tylko księżyc, lekarz mówił mu o wszystkim: o tym jak jej otworzyli podbrzusze, jaki był fetor, jak wycinali jajowody, macicę, jak ją zszywali, i że wszystko poszło dobrze, bez komplikacji. Paweł przestał się budzić, choć o tym nie wiedział, i tak to trwało, w sumie kilka lat. Teraz, kiedy rozmawiamy, mówi mi, że cieszy się, że Aśka ma go odwiedzić, mimo, że tak go wtedy okłamała.
Jolka siedzi u matki i się wkurza. Widzi jak matka piłuje pazury, podkręca loki, pudruje się, pindrzy. Ma tych kosmetyków ze trzy półki, mogłaby czasem coś odpalić. Wredna jest. Poza tym w tej gównianej dziurze nie ma co robić, nie pójdzie przecież z tymi jełopami do remizy na „dysko”. Trzech kroków nie zrobią i już im staje, byczkom. Nic, tylko by macać chcieli, a mają brudne i wielkie paluchy, nie to co ona, delikatne, opiłowane, i kiedy sama się bawi swoją cipką - i nie tylko, ale o tym nikomu nigdy nie powie - to ma długi, przejmujący orgazm, spod jej różowego kogucika tryska płyn i potem jest kupa sprzątania. Ale warto. „Dysko”, serio, te głąby tak mówią. Matka chce ją zawlec do prawdziwego ojca, do czubów. Nie pojedzie tam. Nie chce oglądać tego gościa, trzeba być twardym. A podobno ma długie, posiwiałe kłaki do ramion i wcale się nie goli. Jeszcze mógłby chcieć pocałować ją „po ojcowsku”. Na pewno się nie mył i śmierdzi mu z pyska. Nie, nie pojedzie tam za nic w świecie.
Dla kogo ona się tak pindrzy? Babce wyrwało się po kolacji, zmyj chociaż naczynia, córcia, nie pracujesz, to w domu coś zrób. I po wsi się nie szwendaj, modliszki żadna do domu nie wpuści. Babka jest okejos, jest twarda, życie zna. I lubi ją, czasem da jej drobne. Żadne tam pierdolety i pretensje, sama była młoda, młodość swoje prawa ma. Mówiła, że ten jej prawdziwy ojciec to przez matkę się wykończył, ale matka z kolei gada, że go gliny pobiły i mu odwaliło. I że bała się mieć z nim dzieci, dlatego wymyśliła całą tę historię ze szpitalem. A on przecież wyrwał ze ściany rurę z gazem i chciał wysadzić blok w powietrze! Nie, przyszłość z nim nie rysowała się różowo.
Bończykowi żal Dusi, żal ojca i siebie. Dzieciaki tęsknią za nim. Tak donosi mu jego córka z pierwszego małżeństwa. Ta od tej, co mu księgozbiór wyrzuciła przez okno. Georgiki ma do dziś, ale przestał czytać, nie ma czasu, trzeba zarabiać pieniądze, bo z dwóch małżeństw piątka dzieciarów, więc tyra do wieczora za trzy kawałki na rękę wliczając nadgodziny. Ale pamięta dobrze opisy, zwłaszcza te dotyczące winorośli i pszczelarstwa. Część o pomorze bydła opuścił. Pamięta też taką maksymę, carpent tua poma nepotes, i święcie w nią wierzy, stara się, ale w sumie chuj z tego wychodzi zauważa jego ojciec. Synu, pamiętasz, po maturze powiedziałem ci, masz głowę i chuj to kombinuj, ale u ciebie tylko chuj. Tylko chuj u ciebie. I stary lezie na taras, ale bierze ze sobą Bobika i Dusię i grają w domino albo inne gry planszowe, które stary ma jeszcze z lat sześćdziesiatych, jak wszystko niemal co ma poza nowym punto wziętym w kredyt. Klara woli gadać z Jolką, nie chce się już bawić z małymi, ale Jolka ma swoje sprawy i w ogóle za Klarą raczej nie przepada. Jakaś siakaś nijaka, nie maluje się, nie przeklina, nie spieprza ze mszy, to generalnie taka Panna Nie. I tak ją też wołają, zasłużyła. Tymczasem córka Bończyka z pierwszego małżeństwa co dzień widuje się z matką Aśki i donosi o różnych ciekawych rzeczach, a najciekawsza jest ta, że żonie uciekinierce brakuje kasy, że nie ma żadnej roboty, więc Bończyk poszedł do adwokata i razem wymyślili, żeby ją jeszcze przeczołgać, to wróci. I, że jak rozwód, to wyłącznie z winy Aśki i żadnych alimentów. Bończyk liczy przy mnie ile wydał na te z pierwszego małżeństwa i wychodzi mu na to, że miałby za to niezły samochód. Ma się dzieci albo samochody, podsumowuje.
Kiedy Aśka z Jolką zastanawiają się czy odwiedzić Pawła, odwiedza go Nina. Nina ma historię na inną opowieść, smutną jak wylinka węża. Nina strzyże i goli Pawła, musi go do tego nakłaniać przez pół dnia, w końcu bierze jego wielkie, białe dłonie w swoje mocne, ciepłe, tak jak kiedyś, kiedy potłukł się spadając z orzecha w sadzie, z tego samego z którego zleciał ich ojciec i się zabił, więc bierze jego dłonie i mówi mu, że jeśli nie obetnie włosów zalęgną się w nich wielkie, czarne robaki i będą mu włazić do oczu, do nosa i ust, do uszu. Paweł mówi jej, że już nie śni mu się księżyc, że od dawna już nie ma takich snów, na to Nina, która teraz jest gorliwą i bogobojną katoliczką mówi, iż jej to nie dziwi, widocznie dobry i litościwy Bóg wysłuchał jej modlitwy, i pyta co się w takim razie jemu, Pawłowi, jej najukochańszemu małemu braciszkowi śni. Paweł waha się, w końcu mówi, że śni mu się wnętrze wielkiego wodnego melona, całe różowe, spienione, że śni mu się jak wylewa się z niego sok, jak owoc marszczy się, a potem widzi srebrne ostrza chlebowych noży jak tną owoc na cienkie, prześwitujące plastry i jak jakaś niewidoczna dłoń odkłada je na nieskończony, czarno bejcowany blat. |
|
|
| Bienenkönig | |
Gdybym miał jak Borges wysłać moją osobistą Estelę Canto do seksuologa, nie wiem kogo wybrałbym. A oto miasto, w którym naprawiają ludzi. Leżę na wielkim kowadle. Płaski błękitny krążek nieba Odlatuje jak kapelusz lalki Kiedy wypadam poza obręb światła. Kilka lat później, dziewczyna, która napisała te słowa jest już matką dwojga dzieci i jest luty. Wrócimy do tego dnia, gdzieś dalej, w innym miejscu tego pokićkanego opowiadania, może przy okazji lisów i kasztaniaków. Będę wtedy dziadkiem, będę kuśtykać z laubzegą do niewielkiego warsztatu na skraju sadu z renglodami. Problem, który chciałem rozwiązać przy pomocy Esteli Canto będzie już nieaktualny, poza czasem. Dotyk będzie nareszcie dotykiem, nie zapowiedzią.
Gdybym jednak teraz, w tej chwili, miał niczym Borges seksualny problem, niekoniecznie ten sam, gdybym był posiadaczem takiego niepodważalnego problemu, z kim podzieliłbym się owym skarbem? Kogo wybrałbym na posłańca? Jest nieusuwalna antynomia pomiędzy instytucjonalnością Ja i jego powołaniem. To jest moje ludzkie sacrum: używać myśli, emocji i słów tak, aby ta sprzeczność nie tylko rodziła działanie, ale także zachowywała swoją twórczą niespójność – jako system. Tylko w otwarciu na zmienną losową może narodzić się w człowieku Istota. Kogo zatem wybrałbym?
Kiedy tak się nad tym zastanawiam, moje inne, inaczej powołane Ja, rozpatrują możliwości zruchania małolat z internetu, dojrzałych z internetu, matki z córką, babci z wnuczką. Siedzę sobie potulnie na czacie, zalogowany jako Rozbiorę_się_teraz_on, i o dziwo, zasypuje mnie lawina propozycji, głównie od dziewcząt w wieku trzynastu, piętnastu lat. Kusicielsko zagadują także Wdowa_55 oraz Sonia_50. Tym razem Sonia, po kwadransie jadę na osiedle Wagi zrobić striptiz. Ona jeszcze się waha, ale w końcu zaprasza, mówi czekolada, kawa, ale ja zsuwam przed nią spodnie i pytam: mogę zacząć? Proszę. Zosia, która jest Sonią, robi oczy jak spodki, takiej siebie nie znałam, ale niemal odruchowo chwyta mojego kutasa, bawi się nim, pakuje sobie do ust i międląc go, sepleni: nie mam chyba majtek. I zaraz te dziewięćdziesiat kilo ze słoniowatością łydek siedzi na mnie, szoruje czubkiem fiuta po szparze i wreszcie ładuje go sobie bezceremonialnie po same jaja. W tym czasie rżąc nadciąga esemes, którego odczytuję za jej plecami: CZEŚĆ SŁONKO TU MAGDA Z GG, SPOTKAMY SIĘ? Bukwy jak bloczydła na Orła Białego. „Widzę, że mój pogląd na istnienie jest klęską dla tej dziewczyny, ergo dziewczyna musi zniknąć” przelatuje ancient express przez tunel czołowy. Jaka Ofelia, jaka Regina? Nie ma mowy o wyborze, następującym po objawieniu Siebie: unicestwić miłość, czy kochaną osobę. To przeszłość. Zdałoby się pacnąć w tym miejscu jakiś stosowny fragment elegii Douglasa Dunna, ale darujemy sobie. Poza tym, nie chce mi się go szukać. Poza tym, jakie „objawienie Siebie”? Które objawienie, którego Siebie, któremu Się?
Z każdym słowem wypływa ze mnie życie. To jest najpoważniejsza przyczyna śmierci: mowa. Bez orzeczenia stanu, ciało ludzkie nie znałoby różnicy pomiędzy należeć i zawierać się. Magda z GG okazuje się być facetem. Nie skorzystam, nie kręci mnie to, choć lubię udawać ciotkę, mizdrzyć się do chłopców, ssać palec i stąpać z nogi na nogę. Jakby to Krzychu powiedział, ten były naczelny PeBeRolu, Szulc to ten Żydek, co go Niemcy zajebały, co nie? To ja, kurwa, może pożycze se te książkę, bo podróż kurwa trochę długa i człowiek jak ten chuj sie nudzi, sam, a trzeba sie troche odchamić. I opowiada, jak to został w wojsku, w intendenturze, młody podchorąży, zastępca szefa. I jak wozili świnie prosto z chlewni na górkę, do sztabu, i, że sztuka jest sztuka. To duże liczyli, a małych to nikt tam nie liczył, aż do czasu, kiedy szczury zaczęły wyłazić otworami w podłodze i te młode zagryzać. To my najpierw je wapnem gaszonym brali, ale te kurwy wiedziały skądś, przeczucie takie miały, że ten pierwszy, drugi trup, więc zaczęły pryskać niemal pod sufit, cwane jebane. To ja kazałem młodemu stanąć ze szpadlem, pierwszy lichy był, drugi też niezgraba, ale ten trzeci to był kurwa geniusz, w locie pizdy przecinał, dziewięć na dziesięć, dziewięć na dziesięć. Taki był skurwysyn zawodnik. I dalej na górkę wozili, a teraz Krzychu to wspomina i milknie, w niewoli melancholii. Najlepiej byłoby od razu Uwolnić domostwo od okropnej głowy. Hughes. Myślę, nie przerywam milczenia. Niszczyciel? Czy tylko Boski Chaos, w którym zbiegają się losy, który przybrał formę ciała i intelektu? To było skandaliczne to było pornograficzne hujek eteryczny w usta neurasteniczne. Kto pamięta Szymanowicza? W As-dur polonezem pozwolisz... pozwolisz...
Ale ja nie o tym. Ja chciałem o binarnym kanale symetrycznym, o grafie i o wiadomościach stanowiących wartości pewnej zmiennej losowej. O fundamentalnym twierdzeniu Shannona. O zbiorze znajomych, o sytuacji, w której znajomi przedstawiają się, rozmawiają. Ponieważ kod nie wypełnia przestrzeni słów to jest duża szansa na domyślenie się poprawnego wyrazu w zdaniu. Nie zawsze wystarcza to jednak do pojęcia sensu zdania. Co bystrzejsi w praktyce stosują wówczas lemacik o skarbonce. W opuszczonych przedpokojach, na imprezkach, nie rozmawiają Don Juanowie, nie kręcą się rzesze Tristanów, Hamletów. Wybór – pozostać anachoretą, czy stać się uwodzicielem, nie jest nie tylko obowiązkowy, uświadomiony. Ten wybór jest fikcją, należy do odchodzącego świata kultury. Odchodzącego w takim sensie, w jakim ukochane meble z salonu, nie mając ich serca wyrzucić, przewozi się do daczy na wsi.
Przypomnina mi się opowiadanie Rybowicza, Pisanie, książka, poeta jak kolor niebieski, w którym deklaruje, że pisarz to taki drań, który powie o wszystkim, o najintymniejszym zdarzeniu, i to w taki sposób, że nie wzbudzi czytelniczej odrazy, ale współczucie. Dobrze gada Rybowicz, jednak przyczynę znajduje tradycyjną - “być w zgodzie z własnym sumieniem i prawdą”. Nawet taki wierszyk napisał, Rozdwojenie prawdy:
Prawda jest jedna. Kiedy ją rozdwoisz, z tych dwóch też jedna jest prawdziwa.
Druga jest fałszem, jak nasza osoba, kiedy staniemy przed rozjemcą lustra.
Prawda jest jedna. To nieprawda wcale, że prawd jest tyle ilu ludzi na świecie.
Tak jak jezioro, szkła kawałek, kropla lub lśniacy metal – to są tylko lustra.
Jak fiołek, róża, chryzantema, powój, aster,piwonia – to jest tylko Kwiat.
Odrzucając nieświeżość ogólną i medialne wyświechtanie podanego powodu, rezygnujemy z dotychczasowej sofy kulturowych przekonań. Czarno odziani robotnicy spółdzielni mieszkaniowej pakują mebel na wysłużonego robura, za wiszącym kłębem dymu snują się do wiochy Chodaków, i spostrzegamy, że gniotąca pustka flagowego pomieszczenia dialektyki wyboczyła klepki w podłodze. Co jest prawdą, wynika z założenia. Prawda nie jest samoistnym bytem, nieprzynależnym, nie zawierającym się. Jako pisarz, cofam się przed szarym i najeżdżam szare z powodu ruchu, i z powodu mowy. Wrażenie prawdy, przechowywane w pamięci jako działanie wynikające z założeń obdarzonych wiarą, bez owych założeń i materii w obrębie której działanie operuje – nie zaistniałoby. Dlatego przyczyna pisania o wszystkim, jest najczęściej mieszaniną efekciarstwa, przekonań, sytuacji mentalnej i środowiskowej piszącego.
Trzymając się holizmu, muszę Ojcu wyznać, że znów dostałem esemesa. Znów od Magdy: JESTEM KOŁO PLUSA CZYLI W BARZE JAK MOŻESZ PRZYJŚĆ TO WEŹ KONDONY OK. Historia ludzkości, jak widać z tego skromnego przykładu, nie jest tylko historią bestialstwa jak chciałby tego Bjoernebe. Uwielbiam sposób w jaki pisze o powszechności mordu, zapisuję niedokończone przez niego protokoły, ale tęsknota do śmierci jest takim samym produktem życia jak tęsknota do życia, do eleganckich spinek w mankietach, do nocnego pociągu napotkanego na przejeździe za miastem. Rój Ja wewnątrz mojego ciała, do którego należy wizerunek mojego społecznego Ja, w którym zawiera się mój intelekt, przypomina rój pszczół. Król Ojciec jest jak królowa pszczół – zaraz po wygryzieniu się z niewielkiej komórki w węzie, zabija pozostałych królów. Wydaje rozkazy, dyskretnie i subtelnie, zapachem. Kod jest rozumiany niemal intuicyjnie, więc prawdopodobieństwo uniknięcia błędu jest większe niż P do modułu w. Król wylatuje z roju, aby poza nim znaleźć w sobie siłę, pasję zabójcy. Władca pszczół jest bowiem subtelnym mordercą, czerpie z przeznaczenia, tradycji, obserwacji i buntu. Buntu, który jest zapisany w przeznaczeniu, tradycji i obserwacji. Szefunio jest tylko nosicielem życia, a ono wciąż znajduje nowe formy produkcji. Marginalność króla pszczół nie jest tak interesująca jak jego działanie. Choć oczywiście, to miejsce tekstu kusi, aby sformułować taką oto intuicję: nie ma życia, ani nie ma śmierci, są tylko procesy, o wyznaczonym początku i końcu. Początek i koniec całkowicie zależą od obserwatora. Król wylatuje z roju i wraca, aby zabić swego Ojca. Król zapładnia wszystkie swoje kobiety, ale ich narządy rozrodcze, wagina, macica, jajniki, pozostają w jego odwłoku, usychają i odpadają od jego ciała i pamięci. Wcześniej rodzą się z nich dzieci, śliczne, zwiadowcy, wojownicy, zbieracze, ojcowie i matki. Okaleczone kobiety są wypędzane z roju. Osyp w dennicy ula spłukuje się spirytusem, wypływają roztocza z rozcapierzonymi przylgami. Z plastrów wybiera się miód do miodarek. Okadzony rój czeka zimowla. Ktoś o tym syntetycznie pisze w surze szesnastej. W tym czasie obietnica o miejscu w tym opowiadaniu dla wypędzonej kobiety z lutego okazuje się być fałszywa. Nie ma też miejsca dla lisów i kasztaniaków. Jedno z Ja z kolei, nadal myśli o posłańcu do seksuologa i dostaje kolejnego esemesa: Czyj człowiek był bez właściwości? Bo muszę w dzienniku zapisać. |
|
|
| Dzikie mięso | |
Gdybym mógł użyć w tej krótkiej historii niespiesznego oddechu powieści, stanąłbym zapewne po stronie filozofii. Gdybym chciał użyć jednej ze strategii Bartha - metatekstu, autotematyzmu, kolejnych osotogari postmodernizmu – zapewne rzuciłbym krytycznym okiem na przełomowy esej Howe'a, albo doznałbym ponownych dreszczy w trakcie lektury Zahira, podziwiając świat w ziarenku piasku. Gdybym wreszcie chciał zmierzyć się ze swoim losem, spogladając raz jako Geniusz, raz jako Apostoł, zamiast cierpieć na sardoniczną kolkę, polemizowałbym argumentami z odważnym Hardym, subtelnym Kierkegaardem, trzeźwym Audenem.
Ale nie. Załóżmy, że przez szacunek dla ilości spisanych linijek i wypowiedzianych zdań, od początku, aż do dziś, poprzestanę na ludzkiej – bo, mimo, iż niekiedy miewam wątpliwości do metafizycznego tła terminu, biologicznie jestem człowiekiem – relacji. Dla porządku wspomnę jedynie, iż piszę słuchając pieśni Nusrat Fateh Ali Khana, potem Trilok Gurtu, i innych, o których, być może, później.
Było tak. Kiedy Krzysiek miał dziesiąte urodziny, ojciec wyrzucił szczeniaka z balkonu. Piesek poleciał cichutko z dziesiątego piętra bloku na Mistrzejowicach na trawnik przed placem zabaw. Do placu z huśtawkami - z których dzieciaki skakały, które dalej - młodziak nie doleciał. Było letnie, późne popołudnie, było ciepło i słonecznie, palce od asfaltu i jarzębiny robiły się popielato-pomarańczowe, wiły się wyrysowane kredą trasy dla guzików, z wysepkami, przeszkodami z krawężników, zbijali się w stadka chłopcy, dziewczyny.
Krzysiek kończył tego dnia dziesięć lat i psa dostał od koleżanek, w szkole. Jasne, że znałem Krzyśka, mieszkaliśmy w tej samej klatce, łączyły nas wspólne zabawy, zajezdnia na parterze, wspólny zsyp. Nie, nie oczekuj pierdolonej elegii, emancypacji męskich uczuć z drugiej strony lustra wierszy Anne Sexton. Niczego nie oczekuj. Kumplowaliśmy się, i chuj. Krzysiek kończył tego dnia dziesięć lat, a my graliśmy w piłkę, najpierw na dachu budynku, dokąd wjeżdżaliśmy stojąc na dachu windy, schylając się w ostatniej chwili przed nadciągającym stropem, a potem pomiędzy kołowrotem i drabinkami, na placu zabaw, obijając niemiłosiernie ławeczki. Nie, nikt z nas nie znał wtedy głosu Lakshmi Shankar, ale słuchaliśmy na czarnym grundigu, na sześćdziesiątkach Stilonu, Lennona, Diany Ross. Wiechecki kładł się na parapecie swojego podniebnego balkonu, kiedy nie graliśmy w szachy. Mieszkał symetrycznie do Krzyśka, w pierwszej klatce. Młody Nosal, który mieszkał dwa piętra niżej biegał po gzymsie dachu, żeby wygrać włoskie lody. Borgiasz właził po lince piorunochronu, przez lufcik, do mieszkania. Czas był w takiej obfitości, że do dziś pamiętam te rzadkie chwile, kiedy decydowaliśmy się go mierzyć.
Te historie się pamięta, choć nie mają ze sobą związku. Z żadnym z moich ja. Weźmy na przykład historię dziecka Adasia, zwanego bitumicznym. A może ktoś inny był bitumicznym ptaszkiem? Kiedy jego żona była w połogu drugą dobę, w końcu sprowadził położną. Żona mówiła, że nie, że się zaweźmie, wody dawno odeszły, ale Adaś chciał już iść spać, siadały mu nerwy, indukowana, kulturowa litość, indukowana, kulturowa miłość, wszystko to było za mało, żeby utrzymać jego gotowość zaświadczającą o męskości, na baczność. Nie było rozwarcia. Więc sporowadził położną chorą na cukrzycę, a ta wjechała towarową windą na oddział na Żeromskiego. Nie było takich prognoz na prenatalnym, dziecko chyba już umarło, ona też mogła umrzeć, położna niczym czuła locha położyła się na żonie Adasia, i naciskała, idąc od góry komory brzusznej, w dół, ku łonu, naciskała leżąc całym ciężarem, każde z jej wielkich, białych ramion mogło być bogiem Wisznu, aż w końcu płód ułożył się w kanale i opuścił nurt jedynej rzeki, która nie kończy się zlewiskiem, morzem, oceanem, opuścił i stał się nowonarodzonym dzieckiem na białej rafie aseptycznej gazy.
Jakoś dwa lata temu się rozwiedli. Ona była wyższa od niego.
Wiecie, że mam dwójkę dzieci? Dwie cesarki, obie widziałem. Też się rozwiodłem. Ale Krzysiek, kiedy miał dziesięć lat, w dzień urodzin, zjechał windą na moje piętro i zadzwonił do drzwi. Nic nie mówił. Przyszła moja mama, powiedziała: cześć Krzysiu. Odpowiedział: dzień dobry. I poszliśmy na plac zabaw, wrzuciliśmy zwłoki psa przez okno do piwnicy, tuż przed wejściem do naszej rodzinnej komórki, tej, w której co roku ojciec trzymał pół kwintala ziemniaków wypuszczających kłącza, tej, w której skrzynia z ziemniakami zsunęła się na cztery kocięta, chyba jeszcze ślepe, i przygniotła je. Odkryłem to późną zimą, kiedy tradycyjnie zaczynaliśmy się żywić peklowaną słoniną i ziemniakami, bo pokończyły się kompoty, marynaty i cielęcina od syna komendanta milicji z Podstolic. Przywlokłem masę pcheł do mieszkania, ciała kociąt zmumifikowały się, usuwałem je ostrożnie, po kawałku, do cynowego wiadra, a potem jego zawartość wywaliłem w śnieg, po drodze do zieleńca. Piwnica była świetnym miejscem dla zwłok, dla żywności, gry w chowanego, dla macanek i samogwałtów. Po wszystkich strategiach pozostaje tylko możliwość opisu, tego, co któreś z moich ja jest skłonne powierzyć językowi. Wybaczcie, jeśli fakty są różne od ich wyobrażeń. Zdaje się, że tak było.
Maryla to zupełnie inna historia niż moja, znana mi jedynie ze słyszenia. Gdybym chciał wrócić do technik postmodernizmu, napisałbym historię Maryli tak, jakby ją widział płód Adasia będący poza wymiarem, tożsamy Puranie, dałbym się ponieść bębenkowi Mohammeda Ahmada Khana, albo leniwej frazie Radia Nairobi, a potem zastanowił nad usunięciem „się” z tekstu, w końcu, nad usunięciem tekstu, pozostawieniem wrażenia w jednym z ja Czytającego, że to jego własna, osobista historia. Albo może dałbym się ponieść innej melodii, choćby Bhajan in Dodora (Vishnu Digamba Palushkar), którą tak cudownie wykonuje ciało obdarzone duszą, duchem i umysłem, a które ma etykietkę o nazwisku Baluji Shrivastav. Spełniłbym wtedy postulat Audena o podziale świata na świat Matki Boskiej i świat Prądnicy, unikając utożsamienia, które poczynił Hardy, widząc w Virgo, Matce Boskiej i Venus jedną i tę samą osobę. Ale ja poprzestanę na przytoczeniu opowieści o narodzinach dziecka Maryli, która ma krew Rh minus, i jak wiadomo, musiała poronić pierwsze, i drugie. Wcześniej jednak była jednolitym dzieckiem, jak większość dzieci, dopóki młodszy brat nie odrąbał jej łopatą palca wskazującego. To były lata wojny, chyba stryj kupił od banderowców maść z Tybetu, jak dziś opowiada Maryla. Babcia przemyła i posmarowała dokładnie powierzchnię każdego z uciętych palców i założyła usztywniający opatrunek. Palec zrósł się, rana zabliźniła, o dziwo bez dzikiego mięsa. Jedno z moich ja, które złożyło relację w urzędzie pamięci, było spowiednikiem spowiednika. Syn Maryli, ojciec chrzestny mojej byłej żony, oprócz wielu talentów posiadł także skłonność do młodych dziewcząt, podobną do istniejącej gdzieś we mnie. Jak sami zauważacie, jest to znakomite miejsce na wszczęcie szkatułkowej opowieści, która finalnie, zawierałaby w sobie, wewnątrz, płód, z którego punktu widzenia zamierzaliśmy, bez zaangażowania, patrzeć i relacjonować zdarzenia. Słowa „zdarzenia” używam jak ślepca, który ma ledwie doręczyć przesyłkę, lecz nigdy nie pozna jej treści, o ile nie jest Gantenbeinem. Ale nie zamierzam grzęznąć w meandrach, które do absurdu doprowadziła fronda prozaików z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, Beckett, Barth, Pynchon, Barthelme, Vonnegut, Calvino. I stu, tysiąc, milion, mniej poczytnych. Zawartość tej szkatułki zostanie otworzona w innym opowiadaniu, może będzie to Maź, może Bar ostatniej szansy.
Wracając do okoliczności narodzin trzeciego dziecka Maryli, autor przyznaje, że w natłoku docierających informacji zapomniał, jakie są, choć znał je nie dalej niż tydzień temu. Chujowa strategia na pisanie opowiadań, wiem. Ograniczenie osoby własnej do jednej społecznie i trzech językowo, nie służy pamięci, ani ekspresji na piśmie. Mowa i pismo są tragicznie ubogim środkiem wyrazu, z drugiej strony, wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby każda ludzka komórka była obdarzona indywidualną świadomością i pamięcią?
Koniec epoki postmodernizmu bierze się z końca wiary w jedne, osobowe Ja. Z końca wiary w jednostkową i kulturową pamięć. Z końca prostego następstwa: kultura jest nadbudową natury. Nikt, nigdy nie był prawdziwym Geniuszem, ani prawdziwym Apostołem, w całości nigdy nie przynależał do świata Matki Boskiej, bądź świata Prądnicy. Wskazanie tych opozycji jest cenne dla zaznaczenia granic zbioru, ale to co się dzieje, nie dzieje się w idealnych granicach, tylko w przepływającym, wielowymiarowym nurcie środka. Jakieś cwane białko dyktuje mi te słowa.
Krzysiek przed czasem trafił do spadochroniarzy. Miał osiemnaście lat, kursy płetwonurków i dla skoczków za sobą, na drzwiach do pokoju plakat Rambo, pierwsza krew. O psie zapomniał. Nigdy nie miał psa. Poszedł do jesiennego poboru, na ochotnika. Jego imiennik ze środkowej klatki, ten sam rocznik, siedział od roku na Montelupich, za nieumyślne zabójstwo. Jego imiennik był dużym, niezbyt rozgarniętym, ale zawziętym wyrostkiem – zgodnie z nomenklaturą ówczesnego Echa Krakowa. Na dyskotece jakiś kiepski amant stał na krawężniku i przez to wydał się sobie wyższy niż był. Wypowiedział słowa o dziewczynie dużego Krzyśka zbyt chłodno, a było chłodno, cierpła na łydkach skóra, była druga, albo trzecia nad ranem, i jednolity wciąż Krzysiek wyprowadził swoją własną, jedną, prawą pięść zwinnie, niemal niechcąco. Żuchwa tego, który wydał się sobie wyższy niż jest przebiła czaszkę, krawężnik zmiażdżył jej tył już po śmierci ciała. W rok później o tej porze Krzysiek, ten od psa, którego nigdy nie było, stał na karnej warcie, nocą, pod Modlinem, Chodzieżą, gdzieś tam. Nie wiemy jak wyglądało niebo, jak szeleściły trawy, jakie słychać było nocne dźwięki. Dwóch zamaskowanych kolegów z plutonu zarzuciło mu worek na głowę, dwóch innych kopało, w krocze, podbrzusze, potem po żebrach i głowie. Rano Krzysiek stanął przed sądem, bo na jego warcie zginęły drzwi od Stara z kolumny transportowej. Kiedy jechaliśmy pociągiem z Gdyni, za Krzyśkiem puścili już listy gończe, osoboszczak jechał do Krakowa będzie ze dwadzieścia godzin, leżeliśmy wygodnie w korytarzu, pod kiblem. Krzysiek wspominał, że wyrwali stronę z pornola na dzień dobry, kazali mu wylizać, ale nie chciał, więc go zmusili. Czterech ich było i trwało dwa tygodnie, zanim każdego z nich, z fali, on kot dorwał z osobna, w kiblu. Każdemu spuścił ciężki wpierdol. W anclu zmaknęli go na trzy tygodnie, ale już trzeciej nocy przyszli go cwelować, z szefem kompani wartowniczej. Źle trafili, bardzo źle trafili, Krzysiek miał wprawę, dwóm rozwalil głowę taboretem, odebrał broń i zbiegł.
Przypomniałem sobie. Maryla urodziła trzecie dziecko jakoś w latach pięćdziesiątych, po trzech dniach porodu. Przywieźli ją w piątek, w sobotę przed południem odeszły wody, ale nie było lekarza w szpitalu, nigdy nie było go w weekendy i nikt nie odważył się go niepokoić. Przyszedł w poniedziałek rano, na obchód, Maryli siadły już nerki, zatruta była ona i jej dziecko, zresztą, ona straciła przytomność, a system noworodka, bądźmy takiej nadziei, był zbyt młody, by przetwarzać sygnały nerwowe na ból. Lekarz opierdolił personel, jak każdy z nas się tego spodziewa, od tego zaczyna zawsze relację Maryla. Jakoś oboje uratował, ale żadne nie wie jak, nie zna nikogo z personelu, a lekarz już nie żyje. Cieszy mnie, że coś tam jednak pamiętam z tej opowieści, bo można teraz o tym napisać. I kompozycyjnie się składa. A o Krzyśka nie pytajcie, odnajdę go w innej historii.
Gdybym mógł użyć strategii. Ale słucham Shah Koshini, Ostada Elahi, i jest to pieśń długa, jak każdego sufi. Za dużo piję, a przydomowy ogród sprzątają najemni robotnicy, za dobrze wytargowane pieniądze. Wiesz, co chcę przez to powiedzieć? Chcę się zacytować: „Potrafię jeszcze wejrzeć w dom”. Ale to ktoś inny, w innym, przeszłym wierszu.
Och, kontrolowane z opóźnieniem narośle to nic nowego. Wyobraź sobie tę kobietę, której komórki rakowe namnożyły się wokół bioder w taki sposób, że jej masa przekroczyła dwieście piećdziesiąt kilogramów. Nie mogła się samodzielnie poruszać. Nie mogła samodzielnie wykonać żadnej ważnej biologicznie czynności – odlać się, wysrać, wsadzić tampon w czasie okresu. Kto wie, czy w ogóle miała wtedy okres. A, ogólniej mówisz. Narośl jako gatunek. Narośl jako Życie. Narośl jako Porządek lub jego brak. Czy kształt definiuje ideę, czy idea kształt? Tęsknie patrzysz na Tako rzecze Lem. Ale tam nie ma odpowiedzi. Tęsknie patrzysz w google.com. Ale tam nie ma odpowiedzi. Tęsknie patrzysz. I takim Cię kocham, kimkolwiek jesteś. Jesteśmy tylko Ty i Ja. Prawda? |
|
|
|
|
|