|
Mariusz Partyka ur. 1976 r. Laureat konkursów poetyckich m.in. konkursu im. Rafała Wojaczka w Mikołowie, nagroda specjalna konkursu im. Jacka Bierezina w Łodzi, konkursu im. Klemensa Janickiego w Poznaniu oraz konkursu im K.K. Baczyńskiego w Łodzi.
Publikacje w Opcjach, Portrecie, Kresach, Toposie, Kursywie, Tece, Megalopolis, Bregart, Poboczach, Undergrunt - wydanie internetowe, Pro Arte - wydanie internetowe, Nowa Okolica Poetów - wydanie internetowe, oraz nieszuflada.pl.
Mieszka w Zabrzu.
| grudzień | |
zostały tylko fragmenty lodu piaskownica boi się o swoje tajemnice nie różnisz się od głodnego jelenia tak samo straszne zdają się być otwarte przestrzenie pod osłoną nocy otwieranie starych szaf garnitur może być wzięty za trupa piłka za odciętą głowę rękawiczki dziwnie ożywione za zasłoną cienką jak przestrzeń pomiędzy dwoma obiektami pełznie cisza odwiedza kolejne gniazda i pożera pisklęta wszystko czego nie dotkniesz będzie obcym ciałem dni zaczynają być przejrzyste jak szyby przed świętami ze środka widać jak ludzie przechadzają się z siatkami i zdziwienie że psów jest tyle a nie słychać żadnego.
|
|
|
| moc truchleje | |
nabieram powietrza przed kolejną zwrotką kolędy fragmenty nieba namalowane na deskach zawieszone nad głową anioł z grubymi łydkami wyciąga ręce ku światłości, nic więcej nie mogę sobie przypomnieć, chociaż oglądałem wiele razy. zastanawiające jak wiele można osiągnąć w kwestii nieuczestniczenia, obecnym być tylko w cudzysłowie i tak od zawsze. wśród tłumu ciepłego, oparów kadzidła, dezodorantów, z widokiem na przetłuszczone włosy i małego proboszcza za ołtarzem.
|
|
|
| szron | |
ktoś szedł po śniegu i zostawił ślady biały sad czeka wychodzę wieczorem przykładam ucho do ula mroźne kwiaty na szybach nie potrzebują pszczół dostrzegam pierwszą gwiazdę światła pozycyjne niebo jak bladoniebieskie szkło kontaktowe widać coraz więcej szczegółów i staje się jasne że za chwilę będzie ich za dużo trzeba wrócić albo bardzo szybko przystosować się do chłodu.
|
|
|
| nic nowego | |
kościół wygląda jak zagubiony jeleń po drugiej stronie ulicy, żegnam się z nim od czasu kiedy przekroczyłem śmierdzącą rzeczkę i pierwszy raz przeszedłem na czerwonym świetle. kosztowało wiele wysiłku, żeby nie dostrzec zmiany na lepsze lub gorsze, nawet teraz nie potrafię wyjaśnić na czym to polega. wejść we własną skórę, obserwować jak obserwuje się rozpad komórek albo niezdrowe namnażanie. nawet teraz, gdy powinno być już jasne, że stanie się światłość i ciemność.
|
|
|
| odrodzenie | |
nie będzie już zimy, tylko stare kości rozrzucone przy piaskownicy nasiąkną kolejnymi falami deszczu, mieszanką dymu i mgły. im dłużej będzie to trwało tym krócej utrzyma się ciepło. zapasy ukrywane na czarną godzinę stopnieją w biały dzień odłamki, które obrosły żywym ciałem zaczną ponownie pulsować i wszystko wróci na stare miejsca. zasiane na nowo zapomniane nasiona, rozłożyste rośliny, nigdzie nie sklasyfikowane, zasłonią co jeszcze nie ukryte. naskórek zostanie zadrapany przez gałąź i nie będzie to rana ale rysunek.
|
|
|
| lektura śniegu | |
trawy szeleszczą między palcami, gdy lato odpełza. wymieniają się nasiona, pęcznieją żyłki na skroniach i dreszcze zdzierają naskórek sygnały pociągów płyną nad łąkami całą noc.
skąd ten smutek gdy przychodzisz i patrzysz na mnie, przez otwarte okna oddycha całe osiedle. wiemy o sobie niewiele, wystarczająco, żeby nie przestać myśleć o dalszym ciągu. ciemność rozpościera się od parapetu do szafy.
oprócz paru zbędnych mebli nie ma tutaj nic, to co obudzi się jutro będzie miało na imię jesień, na drugie zima. zwinięci w kłębek pod chłodnym niebem przypomnimy sobie smak wiśni i pestki wypluwane daleko przed siebie, na przejeżdżające pociągi w telewizji.
|
|
|
| zadeptane | |
we śnie widzę wychudłe ręce, nie wierzę, chociaż wszystko spełnione. teraz jest cicho, burze odeszły na południe wszystko puchnie od nowa nasiąka dymem i zasiada na ramieniu. w nocy szumi w uszach jakby ciągle tęskniąc za muszlami, we włosach znowu czuć sól. teraz widać jak niewiele jest tych roślin, które powinny zakrywać ciemne miejsca i przepuszczać światło. w lesie po którym biega się dłużej niż by się chciało i nie wraca na obiad ale później, gdy jeżyny kreślą czerwone wzory na kostkach, głeboką linią wcina się gałąź, gdy uciekają cienie i jaskrawe plamy znikają pod stopami. |
|
|
| zasięg | |
wyżej nie sięgniesz powiedział i wszedł w cień podwórka nad głowami stuletnie stopy metali żelazne grona na szczycie bramy otwiera się przestrzeń i zamyka jaskrawe światło tylko na szczytach z drzewa spadnie owoc i nikt go nie podniesie z okna na drugim piętrze prawie wypadnie dziecko.
|
|
|
| morze to sen | |
wiatr wieje coraz silniej chwieją się barwy, w kałużach pływa dom, łyżka odbija twarz, jest jak jajko. jesień bywa uciążliwa gdy przychodzi w lipcu.
płynący w kierunku nieznanym, macha na pożegnanie, a może to już powitanie. woda zbiera się w plandece, trzeba przelać, żeby nie pękła, zalała wszystkiego.
czekanie na suchy ląd, żeby oddać całą wilgoć, zapomnieć o głębinie, która dryfuje pod spodem jak czarne zwierzę. wszystko prowadzi w miejsce, gdzie światło ma męczący kolor, może to sen.
|
|
|
| bejrut, czwarty lipca dwa tysiące cztery. | |
jeżdzę na plażę i robię zdjęcia telefonom komórkowym wepchniętym za kąpielówki. na wzgórzu stoi smażalnia ryb, nie chodzę tam, niestety potrafię sobie wyobrazić smak. robię zdjęcie bananowi wycieczkowemu w trakcie wywrotki i kobiecie stojącej do pasa w wodzie, konwersującej z ratownikiem. nie mogę myśleć o nim dobrze. otwieram książkę dokładnie tam gdzie mógłbym skończyć ją czytać, gdyby nie ciekawość, pierwsze zdanie zniechęca do dalszej lektury. wiatr niesie zapach olejku kokosowego, niektórzy nie powinni zdejmować ubrań, nie powinni też robić grilla, jeździć czarnym samochodem terenowym i wygladać jak przepełnione szafy. ucieczka jest niemożliwa, piasek zasypuje matę z morskiej trawy i sandały, woda pochłania kolejny zamek. biała kreska na horyzoncie zwiastuje tylko lot naddźwiękowy.
|
|
|
| eksploracja | |
są jaskinie, z których nie ma wyjścia. sklepienia dociskają żebra do płuc z każdym krokiem. przychodzę tutaj i opowiadam o swoim dzieciństwie. obudzeni, przesuwają się po ścianach. palce pstrykają, kapsle przykrywają powieki, graliśmy w kolarzyki, peleton zawsze dojeżdżał do mety, nie pamiętam przegranych.
w tym pudełku jest tylko śnieg, topi się za szybko, żeby zapamiętać wszystkie zimowe ścieżki jakimi przechodziłem. oprawki okularów wyglądały jak bezlistne gałązki, pod lodem zamarznięte jeżyny. jeżeli jeszcze jesteś w tym lesie, obok złamanej sosny, to nie odchodź stamtąd już nigdy. niektóre wycieczki nie powinny mieć zakończenia.
ponownie nadciągają ciepłe miesiące, jest tłoczno, świeci słońce i wieje nudą. patrzyliśmy na siebie,mrużąc powieki, byliśmy piękni, ze spalonymi nosami. chłodne kule toczyły się po asfalcie i rozbijały z trzaskiem.
|
|
|
| obrócisz się | |
zegar żywe zwierzę warczy na ścianie. kołysanka boli i niesie w sen. ojcze, który jesteś
w niemczech u swojej siostry chciałbym powiedzieć coś ważnego ale zepsuły mnie dyskusje o współczesnym świecie przestałem w ciebie wierzyć zaraz
po świętym mikołaju. obudź mnie kiedy stanę się nieznośny. w kolejnej klatce ojciec stoi w fioletowym garniturze, matka w czerwonej sukni z białym kwiatem wpiętym w serce.
między nimi między innymi ja
stokrotka w dłoni. zdjęcie jak papierek lakmusowy zmienia zabarwienie. obudź mnie zanim przytulimy się jak liście zagrabione tuż przed spaleniem. |
|
|
| Nisza | |
Ziemia, obszar trawy, ostu, wyrwane drzewa, które pamiętam, będą tutaj stały. Tam gdzie koniec gałęzi coraz ciemniej. Za drzwiami kwitnie pleśń, stare szafy otwarte na oścież. Mozaika swetrów i podkoszulek w ramach z półek. Te dni rozpostarły się tutaj, wpełzły we wszystkie zakamarki i oddychają kurzem. Na tym skrawku nikt już nie zamieszka, zapachu tutaj nie zostawi. Kim był ten, który odszedł ostatni, czy miał coś wspólnego ze mną. Podobieństwo tak małe, że nie warte zauważenia. Może oczy silne, żeby do końca patrzyły na ten widok.
|
|
|
| Ściegi | |
Po ścianach chodzi tylko w dni niekorzystne, w pozostałe słucha wody i ognia. W księdze odnalazł krzak w szufladzie zapałki. Teraz trzeba ratować ten światopogląd, do którego trudno się przyznać. Słucham cię – mówi ale odchodzi po kilku słowach. takie nudne jest opowiadanie o pewnych sprawach i odeszli ci, którzy mogliby potwierdzić.
|
|
|
| nurt | |
pachnie deszczem i skoszoną trawą, w powietrzu unosi się puch z topoli. ten czerwiec wystudzony jak zimna herbata w szklance z krą osadu.
przyjdź za miesiąc, załapiesz się na chrabąszcze i soczyste papierówki, na wpół dojrzałe.
pojedziemy nad zalew. na plaży obszernej jak koszula ojca, położymy ciała. później wstąpimy w chłodną wodę i popłyniemy na głębię. |
|
|
| zima obiecana | |
to jest noc, która skończy się pojutrze, jeśli dzisiaj był listopad, jutro będzie grudzień.
opuściłem się w bywaniu, dlatego załatwiam to na cztery przed snem, wyjściem z domu.
jestem sam na sam z początkiem zimy, ze świętym hieronimem z jego wiecznie żywym krzyżem.
jest za późno, żeby zjeść coś słodkiego, za wcześnie, żeby o tym myśleć. |
|
|
| dni przestępne | |
wszystko wydarza się na odwrót, zapamiętuje wspak. ci, którzy odeszli, zrobili to na niby, ciągle sprzątają i ścielą łóżka, chociaż już nie swoimi rękoma.
im bliżej jestem tych miejsc i zdarzeń, które tkwią jak nasiona w ziemi, tym mniej staram się zrozumieć i wyjaśnić, tym więcej nie być. nigdy nie wychodzi
do końca, jakby świat chciał zatrzymać jeszcze na jakiś czas to, na co mówię ja, to, na co mówią on, to, o czym mówią, to chwilowa niedyspozycja, taki dołek,
do którego wpada się na kameralną imprezę z innymi robaczkami. taki czarny humor, który podobno ratuje przed chorobami serca. i tak, jak napisane na początku,
będzie zawsze. |
|
|
| tunele | |
tędy mogłyby ścigać się bobsleje, samochód jedzie tam, gdzie prowadzi śnieg, kołyszemy się w środku, a ręce dalej zimne w rękawiczkach.
rano oblepiliśmy się nieśmiertelnymi przesądami, wycie psów w nocy, przychodzenie we śnie do najbliższych, nawet kaszel i bladość mówiły więcej, niż chciałoby się usłyszeć.
żółty przegubowy spychacz próbował przebić się pod sam dom, coś pękło w środku. będziemy rozmawiać za szybko, gdy to się wydarzy. |
|
|
|
|