Index Autor    Wiersze    Proza Mariusz Partyka

zerwijmy wszystkie
jesteś cichym pustym miejscem

sierpień obejmuje chłodnymi nocami,
nie pamiętam snów, nie pamiętam słów

lata łapania oddechu,
raz zakrztuszony ręce do góry,
sztuczne oddychanie

daję ten wydech, niech będzie z tobą
wiedz, że nie umrę,
za pozwoleniem

pod język włożone
rozpuszczalne wspomnienia

niech nas poniesie czerwony
nurt, niech poniesie nas kolorowy
bród

kwiaty z naszej łąki będą wieńcami.
5-12-2006  ::    skomentuj (0)
antybiotyk
wiatr wieje tak mocno i nieznane są cienie
pokój zabudowany fragmentami nieba
rozbłyski bez grzmotów
tylko rozjarzony ekran telefonu

groza pustyni wędrujące odcienie
nagle przybliżone jak w migawce aparatu
prześwietlenie pochłania nie utrwalone obszary

nowe terytoria zajęte od podłogi do sufitu i piasek
przesypujący się z lewego do prawego buta.
6-09-2006  ::    skomentuj (0)
***
stacje paliw na naszej drodze
monotonia przerywana kolejną pielgrzymką
mięso sierść i asfalt zapiekanki
które pożeramy bo nie można
ich zjeść mosty w notorycznym remoncie
różowe domy fioletowe domy zielone
kościoły wieże serwowane w mgnieniu oka
cuchnące zakamarki hodowle świń kur
i gęsi zabytkowy dworek reja pomnik
kadłubka muzeum zegarów

czy jest czas dobry na to, żeby się wynieść
do innego wymiaru, do świata prostopadłego
gdzie będziemy mogli patrzeć na siebie
bez strachu, że pewnego dnia się nie rozpoznamy.

noce tutaj są przyjazne, pozwalają śnić
o lesie w który uderza ściana wiatru.

29-08-2006  ::    skomentuj (0)
migotania
rano kawa, po południu zielona herbata z guaraną
antybiotyk i osłony, żeby nie zrujnować żołądka
i wątroby. ilu nie wytrzymało próby suszy, teraz chłód

i deszcz otuli pozostałych, zwierzęta znowu ruszą
w stronę centrum nieustającej ciemności.
w wilgotnym mchu zasną, przeczekają słońce i hałas.

ilu jeszcze przejdzie ścieżkę między czarnymi
konarami z całym dobytkiem pod ubraniem,
żeby zobaczyć zimne stada wchodzące w nurt

cichej rzeki. ilu wróci z prześwietlonymi kliszami,
głosem kamienia wrzucanego do wody.

.
29-08-2006  ::    skomentuj (0)
ukryte
koń ma chore nogi, pszczoły przylatują do wody.
samochód przejeżdża po białej drodze, będzie burza.

u nas niewiele się zmieniło. wyłamali zamki
i nic nie wynieśli. to jeszcze nie czas, podarowano nam

kolejne dni, może tygodnie. chociaż już wiadomo,
że jesteśmy obserwowani, ktoś spisuje za nas

wydarzenia z których nie zapamiętamy
nawet małej części. sąsiedzi opowiadają, że widzieli

jak kręcą się i przypatrują. przyjdzie dzień,
kiedy wyniosą wszystko.
11-08-2006  ::    skomentuj (0)
czapka na lampce
obudzony w nocy, przez chwilę wpatruję się w postać
obok łóżka, ciemniejszą na tle okna. kim jesteś
i dlaczego się nie boję. dlaczego nie ma we mnie
tego poczucia obecności obcego, wilgotnego powiewu
na karku. nie krzyczę, nie rzucam się do ucieczki.
co jest nie tak ze mną, że patrzę i próbuję zrozumieć.

11-08-2006  ::    skomentuj (0)
którego całuję na powitanie
widział wojnę,
więc lubi spać. nie budzą w nim
zainteresowania sprawy mniejsze.

odbudował dom, ożenił się,
wychował dzieci.

gdy dotykam jego szorstkiego policzka
moim wygładzonym,
wiem, że nie wytrzymam porównania.

w jego dłoniach jak w ciepłych kamieniach
mielą się ziarna,
przesypuje mąka.

11-08-2006  ::    skomentuj (0)
niwa
burzy się
i składa
za murem z wiatru

jesteś stary, on młody
w ustach ma ogród.

zbudował świat, który otaczają drzewa,
kamienie i zwierzęta

jego żona odpoczywa po każdych narodzinach
i formuje kolejne bochenki.
matka przynosi puch
i zaszywa w materiał

jest piękny i bogaty, stoi na brzegu łąk
wypatrując ciebie.
przyjdziesz o czasie, będziesz spał
na jego ziemi.
15-07-2006  ::    skomentuj (0)
Spłoszone
I
nikt nie widział jak spadły na ziemię z jabłoni.
gniły powoli, przeistaczając się w brązowe kule.

II
wibrujemy. zatapiamy palce w ulach
i czerpiemy słodki miód niedoskonałości,
czuję, że świat pragnie mnie uszczęśliwić.
galaktyki śpią niespokojnie na skraju
łóżka, gotowe w każdej chwili przyciągnąć do
siebie. zwinięty w obwarzanek
z palcami miękkimi jak przejrzałe morele.
jutro nigdy nie nadejdzie, chyba, że w porannej modlitwie,
gdy bóg siedzi obok lodówki i przysłuchuje się krzątaninie.

III
lampa świeci prosto na prześcieradło,
lgną ćmy. dostrzegam ślady
światła na dywanie i stole, pusty wazon
po wczorajszych kwiatach.

IV
zimno lśnią kafle pieca. dotykam
twarz i przypominam sobie
wizytę u fotografa. ustawiał moją głowę tak, żeby nikt
nie miał wątpliwości, że to naprawdę ja.

V
droga mleczna płynie obok kredensu, pachnie
przedwojennymi dębami. za rogiem stołu czai się,
noc. za zabitymi drzwiami, tętni nowe życie.

VI
droga mleczna zawisła tuż pod żyrandolem,
spokojne twarze falują, otoczone poduszką snów.
w pajęczynie dogasa ostatnia mucha.

VII
doniosłe chrapanie rozlega się w jednym z pomieszczeń,
wysokie dźwięki przeplatają się z niskimi, nieznany
utwór napisany specjalnie na tę okazję.
sny zostaną załadowane i odpalone trochę później,
gdy nikt nie będzie w stanie
usłyszeć szeptu dochodzącego z góry, który zaświadcza
o istnieniu tych wszystkich rzeczy, które nigdy się nie śnią.

VIII
droga mleczna pulsuje, rozżarzona do białości
przez energię wyciekającą z kabli.

IX
para ulatuje z ust.
zimna noc skrapla się,
wpełzając pod rozpalone
dniem powieki

X
planowała przyszłość, gdzieś pomiędzy gwiazdami, jako astronautka.
supernowe rosną jak grzyby po deszczu.
w kwietniu temperatura przekroczyła trzydzieści stopni.
włosy oplotły jej twarz, gdy biegła między straganami
z przeterminowaną żywnością. miała w sobie ciepło gnijących liści,
coś z matki i ojca.


XI
latające wysoko ptaki kiedyś spadną.
trawa zbrązowieje, lato przemieni się
w jesień. zabawki dziecka wypłowieją,
pozostawione w piaskownicy.

29-06-2006  ::    skomentuj (0)
kapitanie
w oddechu świst, rozdarte żagle.
utonie tylko dziurawe lub dziur się bojące.
stare okręty na horyzoncie,
wystarczy rzucić zapałkę.
woda jest do dna, na powierzchni
pachnie dzikim latem, zabłoconymi
spodniami i nienarodzonym
dzieckiem. łóżka nie koją.
czy jesteś majtkiem czy majtki tylko piją?
powietrze przemoknięte, na ławkach
wytarta zieleń.
13-06-2006  ::    skomentuj (0)
pełnia
powietrze przezroczysta ściana
na kamieniach leżą obrazy
śpiących

jest las

zimne zwierzęta biegną szybciej
drzewa mają suchą korę i trzeszczą
dotknięte
w deszczu słychać stawy

liście klaszczą nad głowami
2-06-2006  ::    skomentuj (0)
sad
łóżko na którym śpią
jakby nigdy nie chcieli
się obudzić

pachnie jakby ktoś wyszedł
i nie zamknął
w ulach marzną pszczoły

rosa obmywa stopy idących
przez trawy idący przez trawy
nie zostawiają śladów

2-06-2006  ::    skomentuj (0)
screensaver
cienki lód po nocy,
pod naciskiem. z dźwięków
nieprzyjemnych, przesuwanie
łóżka w inne miejsce,
bo tamto przypomina.
wiercenie dziur, wbijanie
gwoździ na antyramy, żeby
zapełnić.

rysy i to co po nich, zimny
wdech i gorący.
wpadanie do środka, to co odkryte
jeszcze nie zamaskowane.

pod lodem jaskrawo pomarańczowa
rybka, powoli dogasająca.
27-03-2006  ::    skomentuj (0)
zoo
jest późna wiosna lub wczesne lato, kiedy
spacerujemy po ogrodzie zoologicznym.
dzieci biegają jak oszalałe z roztopionymi
lodami, wszyscy karmią osła i wyśmiewają
dupę mandryla. czas płynie szybko, klatki
boksy i wybiegi, przesuwają się, mruczą,
warczą, chrząkają. w akwarium są piranie.
a tam, popatrz, biało czerwone wstęgi
przeciągnięte wokół kamiennej dolinki.
tam niedźwiedzie zjadły panią.
2-01-2006  ::    skomentuj (0)
same
w słonych przejściach między budynkami słońce
zlizuje kryształowe elementy ścian.
znawcy wykwintnych alkoholi robią
wieczorne zakupy, zawijają w papier i odchodzą
na wiecznie zielone ławeczki. budzić się
z bólem głowy, z podskórnymi fleszami.

moja droga, wiem, nie przyjechałem,
przepraszam. przecież już od roku się nie widujemy.
nie musisz mi nawet wybaczać. ze swojej strony
mogę powiedzieć, że widziałem tylko piękno.


zobacz, ile psów ginie pod kołami samochodów
ile kotów z przetrąconym kręgosłupem dogorywa
przy studzienkach, ile szczurów im się przygląda.
w głębi ducha myślę ciepło o wszystkich, których
spotkałem, nawet o rękawiku, który sypnął mi piaskiem
w oczy, wtedy w piaskownicy. w głębi ducha jestem
zadowolony, że większości z nich nie pamiętam.

mój drogi, ja widziałam tylko problemy, przepraszam.

już dawno powinna być zima, jednak jesień
napoczyna kolejne dni. pozostaje więc przyglądać
się spadającym płatkom u bruegela, podobno
namalował padający śnieg jako pierwszy. w moich
słowach nic pierwszego nie ma, łapię się na tym,
że używam tych samych, żeby opisać początek
i koniec.

10-12-2005  ::    skomentuj (0)
arianie
śmieję się do ciebie, mówię i zerkam na boki, próbując
sobie przypomnieć z jakiego to było filmu. chyba
oglądaliśmy go w różnych kinach. u ciebie jest happy end
u mnie nie. pesymiści podobno żyją
krócej. spokojniej umierają wiedząc, że najgorsze

już sobie wyobrazili. jesteś dziś niespokojna. boisz się,
że nie zapamiętasz nawet jednej czwartej tego co się dzieje.
ja nie uspokajam.

siedzę tutaj. nanoszę na mapę drogę zmierzającą w twoim
kierunku. chowam ją do małego lazurowego samochodu.
patrzę na zegarek i wyczuwam tętno. papierówki jeszcze nie
dojrzały.

przed południem byłem w miasteczku. na rynku, po którym
chodzili profesorowie z akademii ariańskiej, rozłożyły się
przekupki. znajdziesz tam wszystko co zechcesz. warzywa
owoce, psie obroże, pompki do samochodu, lusterka. mógłbym
tutaj zostać, zaopatrzony w rzeczy, które stają się zbędne
dopiero po zakupie. chodzić codziennie do zboru,
wyobrażając sobie inne miejsca.

dawno temu w tym miejscu nie było nawet pszczół. gdy przyjechałaś
kupiłem miód od kobiety, której mąż umarł zostawiając pasiekę
na jej głowie. później tym miodem balsamowaliśmy usta
i smażyliśmy naleśniki z bananami i cynamonem.

tego samego lata przejeżdżaliśmy przez wypalone pola i ludzi
mijanych traktowaliśmy jak cienie. znikające punkty. rodzina
witała nas czule. oblegała ramionami, poklepywała po plecach.
czuliśmy się jak pistacje w tym seledynowym domu.
13-11-2005  ::    skomentuj (0)
bryka
na wozie z sianem siwy diabeł gra na nosie,
oczywiście dyszel ciągną ryby myszy i potwory.
dostojnicy z tyłu wiedzą o co chodzi, w kolumnie
szeregu się nie łamie, wszystko należy do nich.

lekarz z sercem na białej fladze, zagląda w usta.
wszystko zepsute ale coś zreperuje, dotknie
gdzie trzeba, zaaplikuje. najważniejsze nie cierpieć
cierpieć. najszczęśliwszy jest chyba ten,

który leży na sukni kobiety z dzieckiem
non omnis moriar, więc nie biegnie obok
wozu. mordercy też nie zależy, chociaż tego
nie wiemy, światło nie dociera pod rondo

kapelusza. warto wspomnieć o tych z drabiną
i widłami próbują się załapać, uszczknąć trochę siana,
niektórzy wpadną pod koła, inni odejdą szeleszcząc
może wpadną w kolumnę, może pójdą do lekarza,

tam też sakiewka. może napiją się z braciszkiem,
on już kielich wznosi, na siostry spogląda. ten widok
zamknięty od góry, ale w tamtą stronę patrzy
tylko skrzydlaty a jego nie traktują serio.
13-11-2005  ::    skomentuj (0)
cynamon
ogłoszono, że nigdy nie zostaną zamknięte szkoły, sklepy
i kościoły. lecz ja wyznaję inną wiarę. smak cynamonu
między nami, płatki uszu na języku i scalone układy ust.

wierzę w cudowny obraz twoich ud. przemianę
krwi w alkohol i śmierć zadaną do domu jeszcze przed
sprawdzeniem obecności.

upłynniamy modlitwę, zamieniamy tlen w trujące
związki i wodę w sól. przymkniętymi powiekami
nawilżamy obrazy a łzy zawsze płyną w dół.
9-10-2005  ::    skomentuj (0)
żyły kruche jak ciasto
siedzimy z Ojcem na balkonie. jemy babkę,
nie rozmawiamy o kobietach. strużki
potu ścigają się do pierwszej zmarszczki.

Ojciec oddał krew i dostał kilka tabliczek
pełnomlecznej. przez trzy dni chodził
blady i czegoś mu brakowało.

później odwiedzamy chorą w szpitalu. w nocy
obstawiono parawanem łóżko obok, gra
cieni nie pozostawiała wątpliwości.

za oknem falują góry i uśmiechnięte pielęgniarki
podają lekarstwa i termometry. wychodzimy
tuż po serialu. w lustrzanej windzie potrącamy
kolejnych odwiedzających.
9-10-2005  ::    skomentuj (0)
wypalona wersja traw
sprawy, które nie mieszczą się w głowie,
wyłażą na wierzch i rozlewają. słychać
śmieciarki upychane w uliczki, czarna
wiosna zaczyna kręcić się po okolicy.

pan jabłuszko suszy skarpety na barierce,
szkła chrupią pod butami. ogólnie bałagan
po zimowej ofensywie, dogasające kikuty
krzaków jak kadzidełka. wieczorem powrót

jesieni, przeciąganie odejścia. nadgorliwi
nie wytrzymują, zimne nóżki gotowe od milenium.
po tygodniu zawieszenia nastaje zimne odprężenie,
klubowe szaliki owinięte wokół szyj.
9-10-2005  ::    skomentuj (0)
rozbieg
śni się twardy wafel śniegu chociaż wrzesień
dopiero zaczyna kąsać dymem. mrużymy się
na siebie pod łaciatym drzewem i zgniatamy
aluminium. pustawa przestrzeń wokół

wydaje się dopełniać obrazu zagubienia. krzyż
papieski obok małego kościoła rozświetla się
na biało. ładna kompozycja z nitkami świateł
z autostrady. powietrze nie zdążyło jeszcze ostygnąć,

zamknięte w żelbetowych konstrukcjach. dopiero
wracając obok lasu zimny nurt wpływa pod ubrania
i zostawia drobne grudki na skórze. śmiejemy się,
dokumenty składane po południu wydają się abstrakcją.
szczególnie curriculum vitae z naciskiem na to pierwsze.
9-10-2005  ::    skomentuj (0)
tytuł w tle
należymy do kościoła pod wezwaniem
dobrego samopoczucia czujesz to, no.
kultura wyższa i niższa, średnio się na tym
znamy. tylko słowa z błędem piszemy
poprawnie ale to inna historia. kończy się
na tym, że milczymy, zapadamy w jawny sen.
kołysze nas muzyka z ulubionych gadżetów.
śnimy o znakach wodnych i pięciu minutach.

na szczycie na szczęście rzadkie powietrze.
niedotlenienie, ogólnie niedobre wspomnienia.
okres błędów i wypaczeń, narzucona autocenzura.
najlepsze okazują się te momenty, które miały być
wycięte.

należymy do siebie tylko przez chwilę, gdy leżymy
obok. nas jest wtedy najwięcej. wstając rozchodzimy się,
cellulitis, pomarańcze, mandarynki, cytryny. owoce
naszej znajomości. proste smaki, zimne lub gorące
potrawy. letnie tylko domki, bawimy się setnie.
9-10-2005  ::    skomentuj (0)
przedział
słońce rozlewa się po pociągu jak sok
ze świeżo wyciśniętej pomarańczy, zamazuje szyby.
w przedziale mężczyzna po dwutygodniowym urlopie,
na który go wysłano w obawie, że dostanie zawału.
kobieta przejęta jego losem ostrzega, to może
spotkać każdego, nawet męża, brata i ojca,
na końcu

spotyka ciebie i pyta: czy długo jeszcze?
tak, nie byłeś tam, gdzie czekają.
jeszcze nie, więc jedziesz pociągiem i wsłuchujesz się

w opowieść tego mężczyzny przed zawałem.
o jego żonie, która zawiozła go na pogotowie,
domku w górach, stresie w pracy.
i wszystko staje się niejasne, nawet dziurka
wywiercona w ściance przedziału.
9-10-2005  ::    skomentuj (0)
^ do góry   
Strona istnieje od czerwca 2002 r. © Copyright Zespół 2002-2006.
Teksty są własnością autorów. Kopiowanie wyłącznie za zgodą autorów.
Nieruchomości Konstancin juliusz słowacki adam mickiewicz south beach Depresja Wypas Owiec w Bieszczadach Psycholog