|
| zerwijmy wszystkie | |
jesteś cichym pustym miejscem
sierpień obejmuje chłodnymi nocami, nie pamiętam snów, nie pamiętam słów
lata łapania oddechu, raz zakrztuszony ręce do góry, sztuczne oddychanie
daję ten wydech, niech będzie z tobą wiedz, że nie umrę, za pozwoleniem
pod język włożone rozpuszczalne wspomnienia
niech nas poniesie czerwony nurt, niech poniesie nas kolorowy bród
kwiaty z naszej łąki będą wieńcami.
|
|
|
| antybiotyk | |
wiatr wieje tak mocno i nieznane są cienie pokój zabudowany fragmentami nieba rozbłyski bez grzmotów tylko rozjarzony ekran telefonu
groza pustyni wędrujące odcienie nagle przybliżone jak w migawce aparatu prześwietlenie pochłania nie utrwalone obszary
nowe terytoria zajęte od podłogi do sufitu i piasek przesypujący się z lewego do prawego buta. |
|
|
| *** | |
stacje paliw na naszej drodze monotonia przerywana kolejną pielgrzymką mięso sierść i asfalt zapiekanki które pożeramy bo nie można ich zjeść mosty w notorycznym remoncie różowe domy fioletowe domy zielone kościoły wieże serwowane w mgnieniu oka cuchnące zakamarki hodowle świń kur i gęsi zabytkowy dworek reja pomnik kadłubka muzeum zegarów
czy jest czas dobry na to, żeby się wynieść do innego wymiaru, do świata prostopadłego gdzie będziemy mogli patrzeć na siebie bez strachu, że pewnego dnia się nie rozpoznamy.
noce tutaj są przyjazne, pozwalają śnić o lesie w który uderza ściana wiatru.
|
|
|
| migotania | |
rano kawa, po południu zielona herbata z guaraną antybiotyk i osłony, żeby nie zrujnować żołądka i wątroby. ilu nie wytrzymało próby suszy, teraz chłód
i deszcz otuli pozostałych, zwierzęta znowu ruszą w stronę centrum nieustającej ciemności. w wilgotnym mchu zasną, przeczekają słońce i hałas.
ilu jeszcze przejdzie ścieżkę między czarnymi konarami z całym dobytkiem pod ubraniem, żeby zobaczyć zimne stada wchodzące w nurt
cichej rzeki. ilu wróci z prześwietlonymi kliszami, głosem kamienia wrzucanego do wody.
. |
|
|
| ukryte | |
koń ma chore nogi, pszczoły przylatują do wody. samochód przejeżdża po białej drodze, będzie burza.
u nas niewiele się zmieniło. wyłamali zamki i nic nie wynieśli. to jeszcze nie czas, podarowano nam
kolejne dni, może tygodnie. chociaż już wiadomo, że jesteśmy obserwowani, ktoś spisuje za nas
wydarzenia z których nie zapamiętamy nawet małej części. sąsiedzi opowiadają, że widzieli
jak kręcą się i przypatrują. przyjdzie dzień, kiedy wyniosą wszystko.
|
|
|
| czapka na lampce | |
obudzony w nocy, przez chwilę wpatruję się w postać obok łóżka, ciemniejszą na tle okna. kim jesteś i dlaczego się nie boję. dlaczego nie ma we mnie tego poczucia obecności obcego, wilgotnego powiewu na karku. nie krzyczę, nie rzucam się do ucieczki. co jest nie tak ze mną, że patrzę i próbuję zrozumieć.
|
|
|
| którego całuję na powitanie | |
widział wojnę, więc lubi spać. nie budzą w nim zainteresowania sprawy mniejsze.
odbudował dom, ożenił się, wychował dzieci.
gdy dotykam jego szorstkiego policzka moim wygładzonym, wiem, że nie wytrzymam porównania.
w jego dłoniach jak w ciepłych kamieniach mielą się ziarna, przesypuje mąka.
|
|
|
| niwa | |
burzy się i składa za murem z wiatru
jesteś stary, on młody w ustach ma ogród.
zbudował świat, który otaczają drzewa, kamienie i zwierzęta
jego żona odpoczywa po każdych narodzinach i formuje kolejne bochenki. matka przynosi puch i zaszywa w materiał
jest piękny i bogaty, stoi na brzegu łąk wypatrując ciebie. przyjdziesz o czasie, będziesz spał na jego ziemi.
|
|
|
| Spłoszone | |
I nikt nie widział jak spadły na ziemię z jabłoni. gniły powoli, przeistaczając się w brązowe kule.
II wibrujemy. zatapiamy palce w ulach i czerpiemy słodki miód niedoskonałości, czuję, że świat pragnie mnie uszczęśliwić. galaktyki śpią niespokojnie na skraju łóżka, gotowe w każdej chwili przyciągnąć do siebie. zwinięty w obwarzanek z palcami miękkimi jak przejrzałe morele. jutro nigdy nie nadejdzie, chyba, że w porannej modlitwie, gdy bóg siedzi obok lodówki i przysłuchuje się krzątaninie. III lampa świeci prosto na prześcieradło, lgną ćmy. dostrzegam ślady światła na dywanie i stole, pusty wazon po wczorajszych kwiatach. IV zimno lśnią kafle pieca. dotykam twarz i przypominam sobie wizytę u fotografa. ustawiał moją głowę tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to naprawdę ja.
V droga mleczna płynie obok kredensu, pachnie przedwojennymi dębami. za rogiem stołu czai się, noc. za zabitymi drzwiami, tętni nowe życie.
VI droga mleczna zawisła tuż pod żyrandolem, spokojne twarze falują, otoczone poduszką snów. w pajęczynie dogasa ostatnia mucha.
VII doniosłe chrapanie rozlega się w jednym z pomieszczeń, wysokie dźwięki przeplatają się z niskimi, nieznany utwór napisany specjalnie na tę okazję. sny zostaną załadowane i odpalone trochę później, gdy nikt nie będzie w stanie usłyszeć szeptu dochodzącego z góry, który zaświadcza o istnieniu tych wszystkich rzeczy, które nigdy się nie śnią.
VIII droga mleczna pulsuje, rozżarzona do białości przez energię wyciekającą z kabli.
IX para ulatuje z ust. zimna noc skrapla się, wpełzając pod rozpalone dniem powieki
X planowała przyszłość, gdzieś pomiędzy gwiazdami, jako astronautka. supernowe rosną jak grzyby po deszczu. w kwietniu temperatura przekroczyła trzydzieści stopni. włosy oplotły jej twarz, gdy biegła między straganami z przeterminowaną żywnością. miała w sobie ciepło gnijących liści, coś z matki i ojca.
XI latające wysoko ptaki kiedyś spadną. trawa zbrązowieje, lato przemieni się w jesień. zabawki dziecka wypłowieją, pozostawione w piaskownicy.
|
|
|
| kapitanie | |
w oddechu świst, rozdarte żagle. utonie tylko dziurawe lub dziur się bojące. stare okręty na horyzoncie, wystarczy rzucić zapałkę. woda jest do dna, na powierzchni pachnie dzikim latem, zabłoconymi spodniami i nienarodzonym dzieckiem. łóżka nie koją. czy jesteś majtkiem czy majtki tylko piją? powietrze przemoknięte, na ławkach wytarta zieleń.
|
|
|
| pełnia | |
powietrze przezroczysta ściana na kamieniach leżą obrazy śpiących
jest las
zimne zwierzęta biegną szybciej drzewa mają suchą korę i trzeszczą dotknięte w deszczu słychać stawy
liście klaszczą nad głowami
|
|
|
| sad | |
łóżko na którym śpią jakby nigdy nie chcieli się obudzić
pachnie jakby ktoś wyszedł i nie zamknął w ulach marzną pszczoły
rosa obmywa stopy idących przez trawy idący przez trawy nie zostawiają śladów
|
|
|
| screensaver | |
cienki lód po nocy, pod naciskiem. z dźwięków nieprzyjemnych, przesuwanie łóżka w inne miejsce, bo tamto przypomina. wiercenie dziur, wbijanie gwoździ na antyramy, żeby zapełnić.
rysy i to co po nich, zimny wdech i gorący. wpadanie do środka, to co odkryte jeszcze nie zamaskowane.
pod lodem jaskrawo pomarańczowa rybka, powoli dogasająca.
|
|
|
| zoo | |
jest późna wiosna lub wczesne lato, kiedy spacerujemy po ogrodzie zoologicznym. dzieci biegają jak oszalałe z roztopionymi lodami, wszyscy karmią osła i wyśmiewają dupę mandryla. czas płynie szybko, klatki boksy i wybiegi, przesuwają się, mruczą, warczą, chrząkają. w akwarium są piranie. a tam, popatrz, biało czerwone wstęgi przeciągnięte wokół kamiennej dolinki. tam niedźwiedzie zjadły panią.
|
|
|
| same | |
w słonych przejściach między budynkami słońce zlizuje kryształowe elementy ścian. znawcy wykwintnych alkoholi robią wieczorne zakupy, zawijają w papier i odchodzą na wiecznie zielone ławeczki. budzić się z bólem głowy, z podskórnymi fleszami.
moja droga, wiem, nie przyjechałem, przepraszam. przecież już od roku się nie widujemy. nie musisz mi nawet wybaczać. ze swojej strony mogę powiedzieć, że widziałem tylko piękno.
zobacz, ile psów ginie pod kołami samochodów ile kotów z przetrąconym kręgosłupem dogorywa przy studzienkach, ile szczurów im się przygląda. w głębi ducha myślę ciepło o wszystkich, których spotkałem, nawet o rękawiku, który sypnął mi piaskiem w oczy, wtedy w piaskownicy. w głębi ducha jestem zadowolony, że większości z nich nie pamiętam.
mój drogi, ja widziałam tylko problemy, przepraszam.
już dawno powinna być zima, jednak jesień napoczyna kolejne dni. pozostaje więc przyglądać się spadającym płatkom u bruegela, podobno namalował padający śnieg jako pierwszy. w moich słowach nic pierwszego nie ma, łapię się na tym, że używam tych samych, żeby opisać początek i koniec.
|
|
|
| arianie | |
śmieję się do ciebie, mówię i zerkam na boki, próbując sobie przypomnieć z jakiego to było filmu. chyba oglądaliśmy go w różnych kinach. u ciebie jest happy end u mnie nie. pesymiści podobno żyją krócej. spokojniej umierają wiedząc, że najgorsze
już sobie wyobrazili. jesteś dziś niespokojna. boisz się, że nie zapamiętasz nawet jednej czwartej tego co się dzieje. ja nie uspokajam.
siedzę tutaj. nanoszę na mapę drogę zmierzającą w twoim kierunku. chowam ją do małego lazurowego samochodu. patrzę na zegarek i wyczuwam tętno. papierówki jeszcze nie dojrzały.
przed południem byłem w miasteczku. na rynku, po którym chodzili profesorowie z akademii ariańskiej, rozłożyły się przekupki. znajdziesz tam wszystko co zechcesz. warzywa owoce, psie obroże, pompki do samochodu, lusterka. mógłbym tutaj zostać, zaopatrzony w rzeczy, które stają się zbędne dopiero po zakupie. chodzić codziennie do zboru, wyobrażając sobie inne miejsca.
dawno temu w tym miejscu nie było nawet pszczół. gdy przyjechałaś kupiłem miód od kobiety, której mąż umarł zostawiając pasiekę na jej głowie. później tym miodem balsamowaliśmy usta i smażyliśmy naleśniki z bananami i cynamonem.
tego samego lata przejeżdżaliśmy przez wypalone pola i ludzi mijanych traktowaliśmy jak cienie. znikające punkty. rodzina witała nas czule. oblegała ramionami, poklepywała po plecach. czuliśmy się jak pistacje w tym seledynowym domu.
|
|
|
| bryka | |
na wozie z sianem siwy diabeł gra na nosie, oczywiście dyszel ciągną ryby myszy i potwory. dostojnicy z tyłu wiedzą o co chodzi, w kolumnie szeregu się nie łamie, wszystko należy do nich.
lekarz z sercem na białej fladze, zagląda w usta. wszystko zepsute ale coś zreperuje, dotknie gdzie trzeba, zaaplikuje. najważniejsze nie cierpieć cierpieć. najszczęśliwszy jest chyba ten, który leży na sukni kobiety z dzieckiem non omnis moriar, więc nie biegnie obok wozu. mordercy też nie zależy, chociaż tego nie wiemy, światło nie dociera pod rondo
kapelusza. warto wspomnieć o tych z drabiną i widłami próbują się załapać, uszczknąć trochę siana, niektórzy wpadną pod koła, inni odejdą szeleszcząc może wpadną w kolumnę, może pójdą do lekarza,
tam też sakiewka. może napiją się z braciszkiem, on już kielich wznosi, na siostry spogląda. ten widok zamknięty od góry, ale w tamtą stronę patrzy tylko skrzydlaty a jego nie traktują serio.
|
|
|
| cynamon | |
ogłoszono, że nigdy nie zostaną zamknięte szkoły, sklepy i kościoły. lecz ja wyznaję inną wiarę. smak cynamonu między nami, płatki uszu na języku i scalone układy ust.
wierzę w cudowny obraz twoich ud. przemianę krwi w alkohol i śmierć zadaną do domu jeszcze przed sprawdzeniem obecności.
upłynniamy modlitwę, zamieniamy tlen w trujące związki i wodę w sól. przymkniętymi powiekami nawilżamy obrazy a łzy zawsze płyną w dół. |
|
|
| żyły kruche jak ciasto | |
siedzimy z Ojcem na balkonie. jemy babkę, nie rozmawiamy o kobietach. strużki potu ścigają się do pierwszej zmarszczki.
Ojciec oddał krew i dostał kilka tabliczek pełnomlecznej. przez trzy dni chodził blady i czegoś mu brakowało.
później odwiedzamy chorą w szpitalu. w nocy obstawiono parawanem łóżko obok, gra cieni nie pozostawiała wątpliwości.
za oknem falują góry i uśmiechnięte pielęgniarki podają lekarstwa i termometry. wychodzimy tuż po serialu. w lustrzanej windzie potrącamy kolejnych odwiedzających.
|
|
|
| wypalona wersja traw | |
sprawy, które nie mieszczą się w głowie, wyłażą na wierzch i rozlewają. słychać śmieciarki upychane w uliczki, czarna wiosna zaczyna kręcić się po okolicy.
pan jabłuszko suszy skarpety na barierce, szkła chrupią pod butami. ogólnie bałagan po zimowej ofensywie, dogasające kikuty krzaków jak kadzidełka. wieczorem powrót
jesieni, przeciąganie odejścia. nadgorliwi nie wytrzymują, zimne nóżki gotowe od milenium. po tygodniu zawieszenia nastaje zimne odprężenie, klubowe szaliki owinięte wokół szyj. |
|
|
| rozbieg | |
śni się twardy wafel śniegu chociaż wrzesień dopiero zaczyna kąsać dymem. mrużymy się na siebie pod łaciatym drzewem i zgniatamy aluminium. pustawa przestrzeń wokół
wydaje się dopełniać obrazu zagubienia. krzyż papieski obok małego kościoła rozświetla się na biało. ładna kompozycja z nitkami świateł z autostrady. powietrze nie zdążyło jeszcze ostygnąć,
zamknięte w żelbetowych konstrukcjach. dopiero wracając obok lasu zimny nurt wpływa pod ubrania i zostawia drobne grudki na skórze. śmiejemy się, dokumenty składane po południu wydają się abstrakcją. szczególnie curriculum vitae z naciskiem na to pierwsze. |
|
|
| tytuł w tle | |
należymy do kościoła pod wezwaniem dobrego samopoczucia czujesz to, no. kultura wyższa i niższa, średnio się na tym znamy. tylko słowa z błędem piszemy poprawnie ale to inna historia. kończy się na tym, że milczymy, zapadamy w jawny sen. kołysze nas muzyka z ulubionych gadżetów. śnimy o znakach wodnych i pięciu minutach.
na szczycie na szczęście rzadkie powietrze. niedotlenienie, ogólnie niedobre wspomnienia. okres błędów i wypaczeń, narzucona autocenzura. najlepsze okazują się te momenty, które miały być wycięte.
należymy do siebie tylko przez chwilę, gdy leżymy obok. nas jest wtedy najwięcej. wstając rozchodzimy się, cellulitis, pomarańcze, mandarynki, cytryny. owoce naszej znajomości. proste smaki, zimne lub gorące potrawy. letnie tylko domki, bawimy się setnie.
|
|
|
| przedział | |
słońce rozlewa się po pociągu jak sok ze świeżo wyciśniętej pomarańczy, zamazuje szyby. w przedziale mężczyzna po dwutygodniowym urlopie, na który go wysłano w obawie, że dostanie zawału. kobieta przejęta jego losem ostrzega, to może spotkać każdego, nawet męża, brata i ojca, na końcu
spotyka ciebie i pyta: czy długo jeszcze? tak, nie byłeś tam, gdzie czekają. jeszcze nie, więc jedziesz pociągiem i wsłuchujesz się
w opowieść tego mężczyzny przed zawałem. o jego żonie, która zawiozła go na pogotowie, domku w górach, stresie w pracy. i wszystko staje się niejasne, nawet dziurka wywiercona w ściance przedziału. |
|
|
|
|
|