Taki wiatr, że wszyscy mamy grzywki. Dla biedronek, to już prawie tornado. Rzucają więc kolejne "kurde" i śmigają nam nad głową z prędkością jastrzębia. - Patrzcie! Łapię nowy pieprzyk! - zawołała Tośka a jej policzek wszedł na stronę spadających kropek. Zamiast konfetti z biedronek, złapała pierwszą kroplę.
- No tak, im szybsze stawiamy kroki, tym szybciej wpadamy w zatokę niżową. - zamruczał Papa i dodał: - Każdy deszcz jest do przeczekania. - Papa to zawsze wie, kiedy i co należy powiedzieć. - zakwiczały spod deszczu i grzywek Bliźniaki.
Trzask. Wyrósł przed nami tunel. Korzystając z przeznaczenia, wpełzliśmy. Deszcz runął na czarny dach. Równo z pierwszą błyskawicą podpięto elektryczność a my przewodziliśmy krzyk. I wtedy, to dopiero się działo. Tunel zatrząsł się. My, jak w beczce śmiechu. Wyjątkowo odwrotnie do zachowania się w niestosownych sytuacjach: nikt nie śmiał się śmiać. Wraz z drugim wstrząsem, zagrzmiał głos: - Wiedziałem! Wiedziałem, że w prawym rękawie, znowu ktoś zamieszkał. - I nie jest to as lecz głupie gąsienice. Mokre i owłosione. Błe! - wzdrygnął się Strach Na Wróble (bo to on grzmiał poprzednie zdanie), a dreszcz obrzydzenia przebiegł mu po plecach. Wkrótce, dreszcz pociągnął za sobą resztę Stracha. W tym i prawy rękaw. Spadaliśmy zachowując ustaloną hierarchię. Spadał Papa, Tośka, Bliźniaki i Ja.
* * *
Podróż dalszą, po momencie spadania, odbyliśmy przez morze. Co dziwne, przed wielkim deszczem, w miejscu morza płynęła łąka.
- Międzyczas zrobił swoje - rzekł Papa dokładnie wtedy, gdy winien się odezwać. Podtrzymując coraz słabszą ze zmęczenia wenę, dodał: - Gdy nie ma już żadnego wyjścia, należy po prostu gdzieś wejść.
Znikaliśmy więc sumiennie, zachowując tak radę Papy jak i kolejność. Język żaby zwinął nas ciasno i wyglądaliśmy jak wsad tortilli. Znikanie kończyło się za siną bramą żabich ust. Pierwszym wsuniętym był Papa. Póżniej Tośka, Bliźniaki i Ja.
* * *
Strach, który w chwili naszego znikania wyglądał jak latarnia morska, zmrużył to oko, które nie było jeszcze przysłonięte dziurawym kapeluszem. Targany tak przez wiatr jak i mieszane uczucia, smarknął beznamiętnie w pusty od jakiegoś już czasu, prawy rękaw.
Rankiem nie pamiętał: deszcz, rosa czy katar. Pewne było tylko to: Wraz z pierwszym wróblem, każdy sen Stracha staje się niewyraźny.
09.2005. |