|
| odcień cynamonu | |
ciała kobiet dojrzeją pod odcieniem cynamonu. tak mówił szaman a kobiety unosiły wysoko głowy. czarne warkocze spadały im na plecy. szaman tańczył a skorupki brzuchów zamykały ciasno ciepły orzech.
szaman wie jak prosić o urodzaj. od każdego świtu po każdy zmierzch przesiewał palcami żółty piasek. mrużył oczy a wtedy nieostrość obrazu układała się w treść. śpiewał. śpiewał tak głośno swoje magiczne "a une re sali a une redwa de sabre" aż nieme ptaszyska zapadały w las.
ocean. przy lekkich uderzeniami fal kobiety kołyszą się rytmicznie. wędrują. mokre ślady przesuwają się wraz ze słońcem. wiatr znosi wieczór na prawą stronę wioski. dzień zwija się w siwy rulon. dym przypomina szamanowi o zapachu cynamonowego ciasta.
środek nocy. brzęczą bransolety. szaman dziękuje żywiołom. piach oddaje mu ciepło zebrane w ciągu dnia a cienie kładą się z dala od ognia.
kobiety zamykają brzuchy. przytulają dzieci pachnące cynamonem. jutro dzień zacznie się zwyczajnie. znów światło za wcześnie trąci liście i tylko kobiety będą często pochylać głowy. warkocze spadną na piersi.
"a une re sali a une redwa de sabre" szepcze szaman. źrenica zachodzi mgłą.
10.2004 |
|
|
| łuskanie | |
pstryk
chińska knajpka. ryba olbrzym porusza ustami. mówi: "pochyl się". tak robię i patrzymy na siebie. oddech kruszy kwadrat ze szkła. jestem w brzuchu olbrzyma albo nie ma mnie wcale. ciemno. nagle
pstryk
dynia szybko w karocę wróbel w klacz sinogrzywą. suknia zamknie wachlarzem prostokąty obcasów. cień jest długi i czarny pokrył taflę marmuru. północ zgrzyta z ratusza. wtedy
pstryk
w dublinie zimno. deszcz plącze jesień. molly malone kołysze wąskimi uliczkami. mężczyzni łapią ją pod ramię. kosz spada wypluwa martwe łuski. plączę się w liściach jak w sieci. klaszczą przechodnie gdy pękają skrzela. to nic. za chwilę
pstryk
południe. stołówka. jemy szybko i schludnie równocześnie sięgając po sól. tu: przez chwilę w źrenicy płynie ryba deszcz dzwoni. trącam cię lekko w ramię. szklanka brzdękiem się toczy. prostokątem obcasów stukam lekko w podłogę. wstaję. wchodzę w jesień. w oku okruch się czai. łuski świecą wśród liści.
pstryk
10.2004 |
|
|
| anioł w morzu | |
wczoraj złamała skrzydła. on powiedział: wychodzę. wziął walizkę ( nie. nie pełną pieniędzy. to nie film gangsterski tylko kiepski romans ). tekturowy kwadrat zamykał kolory pejzażem szachownicy. nawet albumu nie wziął. przecinałby tylko przestrzeń wnętrza. a ona podbiegła do drzwi zatrzymać kadr. nie zdążyła. aureola w rogalik. zdumiewające, jak miękko wbiły się skrzydła w ostrą zieleń ściany.
nie poleci już. nie poleci daleko. może tylko nad wodę pluskiem w ołowianą falę. stanie się odbitym kręgiem przyjaciółką syreny, muszlą, która półuśmiechami wyrzuca perły a ludzie powiedzą: morze oddaje, morze zabiera. ona przeczesze kredowymi palcami wodorosty. gdzieś tu mieszka ryba o złotych łuskach tak było w bajce a kto wie, może bajka zaczyna się od tutaj.
ma trzy życzenia. anioły też potrzebują retuszu oliwą. głowa i skrzydła tak skrzypią gdy mróz z jego północnej strony wwierca się do środka. i gipsowej podstawki, żeby ustać w miejscu i nie wdzierać się schodami do zimnego nieba. po trzecie: niech zniknie już ta aureola. uparcie rozświetla morski oczodół. stojący na brzegu szepczą że to zbłąkana dusza. a ona nie błądzi. przecież dobrze wie: jej miejsce jest przy ich stole.
12.2003. |
|
|
| pentimento | |
sen był jak zwykle zwinięty w zieleń. po prostu. w lesie jak w lesie. tej nocy znów odważnie wchodzę. w środku wiatr drwa rąbie a drzewa schylają się w szuszumie. tło khaki z odcieniem zgnilizny. w nim brodzę.
sześć kroków od kępy jeżyn. tu: ostry szpic przecina pejzaż. pysk wilka tyka mnie wzrokiem. tnie powietrze ziewnięciem i wystaje zza drzewa. odskakuję. po drabinie z gałęzi czym prędzej wbiegam. na górze cicho. światło rozprasza niby-strop z konarów. gapię się w prześwit jak w okno.
tutejszy tarzan łamie ciszę. trąca mnie łokciem. jak zwykle spadam. po drugiej stronie drzewa: wilgoć, komary i muchy. ciemno. nie lubię przewracać się na ten bok. pocieram mokry nos i dalej. przed siebie.
rzemykiem sandała: prach. pęka pułapka na krasnale. między palcami stóp liliputy. wołają: berek i pryskają na boki echem. kłują jak ściółka gdy ja na jednej nodze, przeskakuję czerwone czapeczki.
zmurszałe brody trzęsą się od śmiechu. chwieję się. krasnale prychają gryząc mnie w łydki. no dobra. schylam się i największego prztyczkiem zbijam. krzyczy tak przeraźliwie, że już biegną wszystkie. pisk brzęczy złowrogo i bliżej. dźwięczy w uchu jak budzik więc otwieram oczy.
na północ ode mnie pies drapie w podłogę. mówi: wróć. pójdziemy na spacer. będziemy pisać patykiem po trawie potropimy leśne ludki. ubieram obrożę, nie kąsam i staję przy nodze. w lustrze widzę jak spod szafy wystają czapeczki. leżą z brodą podpartą i machają do mnie z uśmiechem. raz ręką, raz merdając moim ogonem.
wchodzę w to. zamykam oczy.
06.2004. |
|
|
| biało | |
zasypało nas bielą. oczy szczypią gdy za długo w nich iskrzą gęste płatki zwinięte w brzuch zaspy. trzeba ruszać się biegać i wiercić. znaczyć sobą szlak nieobdarty. więc szuramy gęsiego trzeszczymy gdy butami zrywamy pergamin.
wołasz: bitwa! nabieramy na rozkaz. ulepimy najmocniej najzwięźlej. potem tarczy szukamy w pomponach gdy kolorem chcą ucieć przez ręce. ja zaczynam się krzywić. brwi marszczę i z kaptura wytrząsam ćwierć grudki. biel przecina echa parsknięcie.
rozrzucamy się wszyscy na boki. w pajęczynę z przymrozku wchodzi miękko mgła. aż korci. wierci w uszach ta cisza. pierwszy raz tak się chcemy zwariować że za chwilę w pościeli zziębniętej aż rumieńce wzbierają w policzkach, krochmalimy orła na śniegu. osiem razy wytłaczamy mu skrzydła.
krótkie mysie dwa warkoczyki pierwsze z śniegu się wydostają. głośno krzyczą: mnie już jest zimno! uciekają. w puchu stukot się gubi. my za nimi biegniemy i brniemy. tam gdzie ciepło jest i gdzie sucho gdzie kolory drgają w powietrzu język ognia syczy w kominku. lekko dzwoniąc o brzeg filiżanki uśmiechamy się siorbiąc kakao.
wróble cicho szarzeją za oknem. zima tli się na czarnym ekranie. noc zapada w nas mocno. jak w zaspę. ciepło śnijcie tej zimy. kochani.
02/2004 |
|
|
| dziecko | |
wyrwało się ze mnie dziecko. nie. to nie to że kolejne poronienie. nie krwawi podbrzusze i nie kapie sól na przecięte krocze. nie słyszę też głosu lekarza: te samorozpuszczalne kłębki szybko znikną a i pani nie będzie pamiętać. wiecznie.
pani...pani...pani... a we mnie dziecko jest przecież. drugie.
nie rozumiesz.
mówisz: nasze dwa przenoszone szczęścia śpią spokojnie z otwartymi buziami. a ja wiem że łapią teraz motyle w siatkę z czapek a gwiazdy nabijają w butelkę. potem wrzucą ją w ocean z autostrady. w niej kartka z drukowanymi będzie: "gwiazdka z nieba dla każdego a dla mamy ta duża, co się nazywa słońce".
dalej nie rozumiesz.
ja pamiętam że na parkingu, gdy ładowałeś kosz z zakupami. między corn flakes a winem romantica. ono krzyknęło: uciekam i masz mnie nie gonić. już się w to nie bawię. nigdy.
nie zauważyłeś nawet kiedy wylało się ze mnie. liczyłeś tylko ile dni jeszcze i jakie tu ceny. czy straty z dzisiaj mogą mieć wpływ na bilans przyszłego tygodnia.
dziecka nie ma do tej pory. wypatruję ciągle. mówię: zobacz. dojrzałam, mam rozłożyste biodra no, gdzie cieplej ci będzie. zamieszkaj we mnie.
a ono się śmieje i woła twoim głosem: dorośnij w końcu.
11.2003 |
|
|
| z mgłą w tle | |
za oknem mgła a ja przeświecam cała
krople o parapet
gdy zamykam oczy wtedy pachnie deszczem jeszcze bliżej
cień poziomych żaluzji spina biodra i uda pod łuską z pasków przebiega ciasne ciepło
mgła cicho pod powieki a ja zastygam
11.2003
|
|
|
| głębia | |
to bardzo prawdopodobne. powiedział: dwa miesiące spędzisz w morzu. wyrosną ci płetwy a włosy odgarniać będziesz palcami zrośniętymi błoną. nie panikuj. to nawet ciekawe doświadczenie. kojący szum, masaże wodne. twój wzrok nabierze głębi a ty płynności ruchów. tylko pamiętaj. dodał: gdy będziesz chciała wypłynać, szarpnij za linkę. trzy razy. bardzo mocno. no już. spójrz na to z drugiej strony.
wskoczyłam
i z drugiej strony patrzę
ziemia ma teraz kolor niebieski i nie jest twarda. ugniatam ją pluskiem. miękkie stąpnięcie pozostawia ślad nie mojej stopy. płynę. czas też przepływa spójnie nie głaszcząc mnie po mokrej twarzy. na łydkach udach i brzuchu, osiada mech. zdrapuję go aż do zielonej krwi.
ryby wiją się wśród wodorostów. łamią horyzont tafli i ocierają się o mnie zimnymi grzbietami. to zaraźliwe. po chwili i ja srebrzę się jednostajnie a z oddali słyszę
że syreny naprawdę śpiewają nie jest to iggy pop ale mają klimat koralowce nadają trójwymiar gdy tempo podwodnej akcji przesuwa się wraz z ciemnym bokiem wielkiej ryby
chrzęst płetwy zatrzymuje mnie. zbliżenie. muszla wygląda teraz jak okruchy kredy białe perły ściskają krtań ciasną obrożą więc otwarciem ust, zamiast przepraszam wypuszczam bańkę i bulgoczę wdzięcznie
opieram się o kamień i liczę wodorosty. jak będzie nieparzysta nie wyślę widokówek tylko list w butelce: "s.o.s. nieaktualne. zostaję!"
trzynaście
przegryzam linkę nabieram wody w usta
06.2004
|
|
|
|
|
|