Index Autor    Wiersze do 2004r.
Wiersze od 2005r.    Proza
Renata Zrajkowska - Bujak

odcień cynamonu
ciała kobiet dojrzeją pod odcieniem cynamonu. tak mówił szaman
a kobiety unosiły wysoko głowy. czarne warkocze spadały im na plecy.
szaman tańczył a skorupki brzuchów zamykały ciasno ciepły orzech.

szaman wie jak prosić o urodzaj. od każdego świtu po każdy zmierzch
przesiewał palcami żółty piasek. mrużył oczy a wtedy nieostrość obrazu
układała się w treść. śpiewał. śpiewał tak głośno swoje magiczne
"a une re sali a une redwa de sabre" aż nieme ptaszyska zapadały w las.

ocean. przy lekkich uderzeniami fal kobiety kołyszą się rytmicznie.
wędrują. mokre ślady przesuwają się wraz ze słońcem. wiatr
znosi wieczór na prawą stronę wioski. dzień zwija się w siwy rulon.
dym przypomina szamanowi o zapachu cynamonowego ciasta.

środek nocy. brzęczą bransolety. szaman dziękuje żywiołom. piach
oddaje mu ciepło zebrane w ciągu dnia a cienie kładą się z dala od ognia.

kobiety zamykają brzuchy. przytulają dzieci pachnące cynamonem.
jutro dzień zacznie się zwyczajnie. znów światło za wcześnie trąci liście
i tylko kobiety będą często pochylać głowy. warkocze spadną na piersi.

"a une re sali a une redwa de sabre" szepcze szaman. źrenica zachodzi mgłą.



10.2004
30-09-2005  ::    skomentuj (0)
łuskanie
pstryk

chińska knajpka. ryba olbrzym porusza ustami. mówi: "pochyl się".
tak robię i patrzymy na siebie. oddech kruszy kwadrat ze szkła.
jestem w brzuchu olbrzyma albo nie ma mnie wcale. ciemno. nagle

pstryk

dynia szybko w karocę wróbel w klacz sinogrzywą. suknia
zamknie wachlarzem prostokąty obcasów. cień jest długi i czarny
pokrył taflę marmuru. północ zgrzyta z ratusza. wtedy

pstryk

w dublinie zimno. deszcz plącze jesień. molly malone kołysze
wąskimi uliczkami. mężczyzni łapią ją pod ramię. kosz spada
wypluwa martwe łuski. plączę się w liściach jak w sieci.
klaszczą przechodnie gdy pękają skrzela. to nic. za chwilę

pstryk

południe. stołówka. jemy szybko i schludnie równocześnie sięgając po sól. tu:
przez chwilę w źrenicy płynie ryba deszcz dzwoni. trącam cię lekko w ramię.
szklanka brzdękiem się toczy. prostokątem obcasów stukam lekko w podłogę.
wstaję. wchodzę w jesień. w oku okruch się czai. łuski świecą wśród liści.

pstryk


10.2004
30-09-2005  ::    skomentuj (0)
anioł w morzu
wczoraj złamała skrzydła. on powiedział: wychodzę. wziął walizkę
( nie. nie pełną pieniędzy. to nie film gangsterski tylko kiepski romans ).
tekturowy kwadrat zamykał kolory pejzażem szachownicy.
nawet albumu nie wziął. przecinałby tylko przestrzeń wnętrza. a ona
podbiegła do drzwi zatrzymać kadr. nie zdążyła. aureola w rogalik.
zdumiewające, jak miękko wbiły się skrzydła w ostrą zieleń ściany.

nie poleci już. nie poleci daleko. może tylko nad wodę
pluskiem w ołowianą falę. stanie się odbitym kręgiem
przyjaciółką syreny, muszlą, która półuśmiechami wyrzuca perły
a ludzie powiedzą: morze oddaje, morze zabiera. ona przeczesze
kredowymi palcami wodorosty. gdzieś tu mieszka ryba o złotych łuskach
tak było w bajce a kto wie, może bajka zaczyna się od tutaj.

ma trzy życzenia. anioły też potrzebują retuszu oliwą. głowa i skrzydła
tak skrzypią gdy mróz z jego północnej strony wwierca się do środka.
i gipsowej podstawki, żeby ustać w miejscu i nie wdzierać się schodami
do zimnego nieba. po trzecie: niech zniknie już ta aureola. uparcie
rozświetla morski oczodół. stojący na brzegu szepczą że to zbłąkana dusza.
a ona nie błądzi. przecież dobrze wie: jej miejsce jest przy ich stole.



12.2003.
28-09-2005  ::    skomentuj (0)
pentimento
sen był jak zwykle zwinięty w zieleń. po prostu. w lesie jak w lesie.
tej nocy znów odważnie wchodzę. w środku wiatr drwa rąbie a drzewa
schylają się w szuszumie. tło khaki z odcieniem zgnilizny. w nim brodzę.

sześć kroków od kępy jeżyn. tu: ostry szpic przecina pejzaż. pysk wilka
tyka mnie wzrokiem. tnie powietrze ziewnięciem i wystaje zza drzewa.
odskakuję. po drabinie z gałęzi czym prędzej wbiegam. na górze cicho.
światło rozprasza niby-strop z konarów. gapię się w prześwit jak w okno.

tutejszy tarzan łamie ciszę. trąca mnie łokciem. jak zwykle spadam.
po drugiej stronie drzewa: wilgoć, komary i muchy. ciemno. nie lubię
przewracać się na ten bok. pocieram mokry nos i dalej. przed siebie.

rzemykiem sandała: prach. pęka pułapka na krasnale.
między palcami stóp liliputy. wołają: berek i pryskają na boki echem.
kłują jak ściółka gdy ja na jednej nodze, przeskakuję czerwone czapeczki.

zmurszałe brody trzęsą się od śmiechu. chwieję się. krasnale prychają
gryząc mnie w łydki. no dobra. schylam się i największego prztyczkiem
zbijam. krzyczy tak przeraźliwie, że już biegną wszystkie. pisk brzęczy
złowrogo i bliżej. dźwięczy w uchu jak budzik więc otwieram oczy.

na północ ode mnie pies drapie w podłogę. mówi: wróć.
pójdziemy na spacer. będziemy pisać patykiem po trawie
potropimy leśne ludki. ubieram obrożę, nie kąsam i staję przy nodze.
w lustrze widzę jak spod szafy wystają czapeczki. leżą z brodą podpartą
i machają do mnie z uśmiechem. raz ręką, raz merdając moim ogonem.

wchodzę w to. zamykam oczy.


06.2004.
23-09-2005  ::    skomentuj (0)
biało

zasypało nas bielą. oczy szczypią gdy za długo w nich iskrzą
gęste płatki zwinięte w brzuch zaspy. trzeba ruszać się biegać
i wiercić. znaczyć sobą szlak nieobdarty. więc szuramy
gęsiego trzeszczymy gdy butami zrywamy pergamin.

wołasz: bitwa! nabieramy na rozkaz. ulepimy najmocniej
najzwięźlej. potem tarczy szukamy w pomponach gdy kolorem
chcą ucieć przez ręce. ja zaczynam się krzywić. brwi marszczę
i z kaptura wytrząsam ćwierć grudki. biel przecina echa parsknięcie.

rozrzucamy się wszyscy na boki. w pajęczynę z przymrozku
wchodzi miękko mgła. aż korci. wierci w uszach ta cisza.
pierwszy raz tak się chcemy zwariować że za chwilę w pościeli
zziębniętej aż rumieńce wzbierają w policzkach, krochmalimy
orła na śniegu. osiem razy wytłaczamy mu skrzydła.

krótkie mysie dwa warkoczyki pierwsze z śniegu się wydostają.
głośno krzyczą: mnie już jest zimno! uciekają. w puchu stukot się gubi.
my za nimi biegniemy i brniemy. tam gdzie ciepło jest i gdzie sucho
gdzie kolory drgają w powietrzu język ognia syczy w kominku.
lekko dzwoniąc o brzeg filiżanki uśmiechamy się siorbiąc kakao.

wróble cicho szarzeją za oknem. zima tli się na czarnym ekranie.
noc zapada w nas mocno. jak w zaspę. ciepło śnijcie tej zimy.
kochani.


02/2004
21-09-2005  ::    skomentuj (0)
dziecko

wyrwało się ze mnie dziecko.
nie. to nie to że kolejne poronienie. nie krwawi podbrzusze
i nie kapie sól na przecięte krocze. nie słyszę też głosu lekarza:
te samorozpuszczalne kłębki szybko znikną a i pani
nie będzie pamiętać. wiecznie.

pani...pani...pani...
a we mnie dziecko jest przecież. drugie.

nie rozumiesz.

mówisz: nasze dwa przenoszone szczęścia
śpią spokojnie z otwartymi buziami. a ja wiem
że łapią teraz motyle w siatkę z czapek a gwiazdy nabijają w butelkę.
potem wrzucą ją w ocean z autostrady.
w niej kartka z drukowanymi będzie:
"gwiazdka z nieba dla każdego a dla mamy ta duża, co się nazywa słońce".

dalej nie rozumiesz.

ja pamiętam że na parkingu, gdy ładowałeś kosz z zakupami.
między corn flakes a winem romantica. ono krzyknęło:
uciekam i masz mnie nie gonić. już się w to nie bawię. nigdy.

nie zauważyłeś nawet kiedy wylało się ze mnie.
liczyłeś tylko ile dni jeszcze i jakie tu ceny. czy straty z dzisiaj
mogą mieć wpływ na bilans przyszłego tygodnia.

dziecka nie ma do tej pory. wypatruję ciągle.
mówię: zobacz. dojrzałam, mam rozłożyste biodra
no, gdzie cieplej ci będzie. zamieszkaj we mnie.

a ono się śmieje i woła twoim głosem:
dorośnij w końcu.


11.2003
21-09-2005  ::    skomentuj (0)
z mgłą w tle

za oknem mgła
a ja przeświecam cała

krople o parapet

gdy zamykam oczy
wtedy pachnie deszczem
jeszcze bliżej

cień poziomych żaluzji
spina biodra i uda
pod łuską z pasków
przebiega ciasne ciepło

mgła cicho pod powieki
a ja zastygam


11.2003
21-09-2005  ::    skomentuj (0)
głębia

to bardzo prawdopodobne. powiedział: dwa miesiące spędzisz w morzu.
wyrosną ci płetwy a włosy odgarniać będziesz palcami zrośniętymi błoną.
nie panikuj. to nawet ciekawe doświadczenie. kojący szum, masaże wodne.
twój wzrok nabierze głębi a ty płynności ruchów. tylko pamiętaj. dodał:
gdy będziesz chciała wypłynać, szarpnij za linkę. trzy razy. bardzo mocno.
no już. spójrz na to z drugiej strony.

wskoczyłam

i z drugiej strony
patrzę

ziemia ma teraz kolor niebieski i nie jest twarda. ugniatam ją pluskiem.
miękkie stąpnięcie pozostawia ślad nie mojej stopy. płynę. czas też
przepływa spójnie nie głaszcząc mnie po mokrej twarzy. na łydkach
udach i brzuchu, osiada mech. zdrapuję go aż do zielonej krwi.

ryby wiją się wśród wodorostów. łamią horyzont tafli
i ocierają się o mnie zimnymi grzbietami. to zaraźliwe.
po chwili i ja srebrzę się jednostajnie a z oddali słyszę

że syreny naprawdę śpiewają
nie jest to iggy pop ale mają klimat
koralowce nadają trójwymiar
gdy tempo podwodnej akcji przesuwa się
wraz z ciemnym bokiem wielkiej ryby

chrzęst płetwy zatrzymuje mnie. zbliżenie.
muszla wygląda teraz jak okruchy kredy
białe perły ściskają krtań ciasną obrożą
więc otwarciem ust, zamiast przepraszam
wypuszczam bańkę i bulgoczę wdzięcznie

opieram się o kamień i liczę wodorosty. jak będzie nieparzysta
nie wyślę widokówek tylko list w butelce: "s.o.s. nieaktualne. zostaję!"

trzynaście

przegryzam linkę
nabieram wody w usta


06.2004
21-09-2005  ::    skomentuj (0)
^ do góry   
Strona istnieje od czerwca 2002 r. © Copyright Zespół 2002-2006.
Teksty są własnością autorów. Kopiowanie wyłącznie za zgodą autorów.
Nieruchomości Konstancin juliusz słowacki adam mickiewicz south beach Depresja Wypas Owiec w Bieszczadach Psycholog