przewijam taśmę
            z g r z y t a n i e
to teraz od początku:
słuchałeś tylko collinsa a ja the doors. jak na szesnaście lat to przepaść. warto było wskoczyć. patrzyłeś zza okularów na moje rude włosy i mówiłeś że zielone zielone widzisz wzgórza. obrażałam się. co raz i rusz. i za każdym razem na zawsze.
brenna:
sylwester. scena pełna dobranych rekwizytów. jest śnieg po pas i są serpentyny gór. wierzchołki przekłuwają nadmuchany błękit. przedzieramy się niezdarnie przez płaty pierzyn. mówiłeś: "chyba cię zjem". uciekałam w śnieżynki z konfetti.
wtedy:
z budki suflera wyskoczył wściekły skrzat. krzyczał: "zwolnić! tekst wymawiamy z nabożeństwem! scenariusz układano pod idola! nie może psuć go byle błazen! precz ze sceny!" phi. tu niepotrzebne były podpowiedzi.
chorzów:
pod koniec lutego zabrakło magii. a może to ta zima niepotrzebnie wbiła ostrogi i odpłynęła z pierwszą krą. z dachu teatru spadł ostatni sopel i przebił skrzacie serce.
skrzat przychodzi cicho wraz ze snem. po gałęziach wspina się na wzgórza. spod samego błękitu sypie piaskiem w oczy i zgrzyta złośliwie: "karaluchy pod poduchy. sen cię zjadł a nie on. przykryj się teraz płatem pierzyny i chichocz do woli. cała scena twoja. jeden aktor. bęc"
teraz:
iskrzę między kałużami. wyciągam z wody guziki po baławanach. chucham w dłoń i chowam węgielek na szczęście.
przewijam taśmę
             z g r z y t a n i e
bytom. następna zima. kawiarenka jazzowa. czwartek. wchodzisz. scena zapełnia się...
04.2005
|